Sytuacja życiowa ludzi, wybierających emigrację zawsze jest trudna. Wyborowi życiowemu niejednokrotnie towarzyszą autentyczne ludzkie dramaty; nie od dziś wiadomo, że emigracyjny chleb często gorzko smakuje. Polskie media, początkowo entuzjastycznie wypowiadające się o sukcesach naszych rodaków za granica, teraz coraz częściej piszą o problemie tzw. eurosierot. Dlatego dobrze się dzieje, gdy zasiedleni już imigranci sprowadzają do siebie swoje rodziny.
Jak jednak ma wyglądać wychowywanie dziecka w obcym kraju, choćby nawet najbardziej przyjaznym? Czy tożsamość narodowa jest atutem, czy zawadą w naszym życiu? Moje doświadczenie, a mam w więcej rodziny za granicą niż w kraju, mówi zdecydowanie o atutach. Każdy kraj ma z czego być dumny, nie wolno się tego wypierać, bo uznanie zyskamy nieprędko a szacunek utracić jest łatwo.
Większość moich krewnych w Anglii posyłała swoje dzieci do polskich szkół, wspierała polskie harcerstwo. Robili to pomimo sprzeciwu samych zainteresowanych, (kto chce chodzić do szkody soboty, gdy inni grają w piłkę?!). Robili to, mimo, że nie mieli ŻADNEJ nadziei na powrót do ojczyzny. Dziś te dawne dzieci, obecnie dorośli ludzie, są prawdziwymi ambasadorami polskości, pracują w firmach działających Polsce, a znajomość języka i realiów jest wielkim walorem. Ci nieliczni, którzy w procesie wychowania „postawili na Anglię”, nie chcąc rzekomo obciążać swojego potomstwa zbędnym balastem, szybko utracili z nimi kontakt językowy, a następnie emocjonalny.
Warto o tym pamiętać.
Maria Kulik, Prezes polskiej sekcji IBBY





