W sercu Polski. Małe miasta, zamki, wsie

Rosa Bailly

Norbertinum 2018

Prowincja jako tkanka historii

Rosa Bailly przyjechała do Polski, bo chciała ją zobaczyć, zrozumieć, pokochać. A potem opowiedzieć Francuzom, że Polska to nie odległy skrawek Europy między Niemcami a Rosją, lecz osobny świat: z pamięcią, ambicją, ranami i własnym rytmem. Już w tym geście jest coś pięknego. I coś ryzykownego. Bo kiedy pisze się z miłości, widzi się dużo lub za dużo.
„W sercu Polski. Małe miasta, zamki, wsie” ukazało się we Francji w 1936 roku jako „Au cœur de la Pologne. Petites villes, châteaux, campagnes”. Ten podtytuł — małe miasta, zamki, wsie — ustawia całą książkę. Interesuje ją Polska z bocznej drogi: dworce daleko od centrum, małomiasteczkowe rynki, klasztorne wnętrza, pałace i kresowe przestrzenie.
Rosa Bailly uważa, że prowincja nie jest dopiskiem do dziejów. Jest ich tkanką. W Sandomierzu widzi nie tylko ratusz, ale ślad dawnej miejskiej dumy. W Kazimierzu nad Wisłą rynek i spichlerze układają się jej w gotowy obraz. W Lublinie dostrzega architekturę i wielowarstwowość miejsca.

Literacka misja dla Francuzów

Pisarka jest podróżniczką w dawnym, porządnym znaczeniu tego słowa. Jedzie, patrzy, słucha, męczy się drogą. Polesie nie jest dla niej problemem logistycznym, tylko doświadczeniem przestrzeni. Dzisiejszy turysta, wychowany na wygodzie, napisałby pewnie: „trudny dojazd, brak infrastruktury, nie polecam”. Rosa Bailly z tego samego zrobiłaby rozdział. Może trochę zbyt poetycki, może czasem zbyt rozmarzony, ale jednak rozdział, nie reklamację.
Trzeba też pamiętać, że autorka nie była zwykłą obserwatorką. Była rzeczniczką Polski. Związana ze stowarzyszeniem Les Amis de la Pologne, zaangażowana w sprawę polską, wierzyła w sens przyjaźni polsko-francuskiej i w potrzebę tłumaczenia Polski Zachodowi. „W sercu Polski” jest więc nie tylko książką podróżniczą, ale także próbą przybliżenia Rzeczypospolitej Europie. Ta polonofilka mówi Francuzom: spójrzcie, tu jest kraj, który wrócił do życia po rozbiorach, kraj z trudną historią i ogromną energią. Chce, by Polska nie była dla nich mglistym pojęciem z końca mapy. Chce ją przesunąć bliżej serca.

Państwo świeżo pozszywane

Gdy Francuzka pisze o II Rzeczypospolitej, czuje się w jej słowach podziw dla państwa, które dopiero zszywało siebie z porozrywanych części. Interesuje ją odbudowa, rozwój, cywilizacyjny wysiłek. Na Górnym Śląsku widzi nie tylko przemysł i miasta, lecz polskość regionu, pamięć Hallera i Korfantego, polityczny sens granicy. Brzmi to czasem podniośle, ale trudno mieć o to pretensję. Dla ludzi tamtej epoki „niepodległość” nie była dekoracyjnym słowem z przemówienia. Była czymś świeżo odzyskanym, jeszcze nieoswojonym, wymagającym obrony.
Najwięcej napięcia przynoszą jednak Kresy. Rosa Bailly widzi w nich przestrzeń ogromną, piękną, tajemniczą. Polesie, Pińsk, Podole, Huculszczyzna, Howerla — te nazwy u niej pracują. Nie są tylko punktami na mapie. Mają kolor, rytm, powietrze. Ale Kresy nie są tu wyłącznie pejzażem. To także granica, religia, wojny, pamięć dawnej Rzeczypospolitej, opowieść o chrześcijaństwie i islamie, ziemia obdarzona niemal sakralnym znaczeniem.

Fotografia zrobiona tuż przed burzą

Mnie najmocniej zatrzymują w tej książce dwory i pałace. Mołodów Skirmunttów, Przeworsk Lubomirskich, Czerwonogród, Podhorce, Rudki Fredrów — dziennikarka nie traktuje tych miejsc jak ładnych fasad do opisania. Widzi w nich przechowalnie idei, rodzinnych legend i dawnego ładu. Pałac jest u niej czymś więcej niż budynkiem. Biblioteka nie jest tylko biblioteką. Krypta nie jest tylko kryptą. W tych przestrzeniach historia ma ciężar, zapach i temperaturę.
Chłonie się tę lekturę dziś inaczej, niż robili to czytelnicy w latach trzydziestych. My wiemy, co za chwilę stanie się z tym światem. Wiemy, że wiele siedzib straci właścicieli, funkcje, granice, sens, czasem dach i pamięć. Rosa Bailly jeszcze tego nie wie. Dlatego jej zachwyt nad dawnymi rezydencjami ma w sobie coś z fotografii zrobionej tuż przed burzą. Na zdjęciu wszystko stoi spokojnie. Czytelnik słyszy już grzmot.

Fragmenty, które uwierają

Pisarka bywa olśniona ojczyzną Żwirki i Wigury do tego stopnia, że jej spojrzenie traci ostrość. Kresy stają się chwilami zbyt malownicze, zbyt szlachetne, zbyt wygładzone. Polska obecność wygląda u niej jak naturalny porządek rzeczy, a nie jak jeden z elementów skomplikowanej układanki narodów, religii, języków i interesów. Autorka widzi barwy, stroje, kościoły, bagna, targi, pałace. Gorzej z pęknięciami. A przecież uroda miejsca nie unieważnia jego dramatów. Można zachwycić się krajobrazem i jednocześnie nie zapominać, że pod nim leżą warstwy konfliktu.
Najbardziej uwierają fragmenty dotyczące Żydów. W jej opisach pobrzmiewa język epoki: fascynacja miesza się ze stereotypem, dystans z ciekawością, a bieda i brud zostają włączone w „klimat” miasteczka. Współczesny czytelnik nie powinien prześlizgnąć się po tym bez reakcji. Za barwną sceną nie stoją dekoracje, tylko ludzie. Za egzotyką — codzienność. Za malowniczością — często bieda i ciasnota.

Poetyka podróżnego zachwytu

Język Rosy Bailly potrafi zaczarować trasę podróży. Jej opisy świątyń i skarbców z historycznymi darami mają w sobie coś z malarskiej impresji. Kiedy pisze, że wnętrze klasztoru „jest stare, miękkie, pokryte patyną czasu i wyściełane kurzem”, a ten kurz „nadaje aksamitny wygląd głowom rzeźb i wierzchołkom nastawy ołtarzowej”, zwykły pył przestaje być zaniedbaniem, a staje się niemal nośnikiem pamięci. Podobnie działa jej spojrzenie na Kazimierz nad Wisłą, który w tej opowieści układa się w malowniczą metaforę dawnej Polski, oraz na Mołodów — polski dwór opisany jako siedziba i znak trwania. Za Gabrielą Przeździecką, w arystokratycznym dziedziczeniu, dostrzega obowiązek bycia „depozytariuszem dóbr”. A w polskiej ziemi zauważa niemal relikwię, o której można powiedzieć, że „wystarczy, że weźmiecie grudkę waszej ziemi„. Nawet jeśli czasem tym miejscom dopisuje zbyt piękną legendę, robi to z taką wiarą w ich sens, że trudno przejść obok tego obojętnie.
Warto też wspomnieć o doskonałym przekładzie, bo bez niego cały ten poetycki nerw książki łatwo mógłby się rozsypać. Polskie tłumaczenie znakomicie przenosi rytm, obrazowość i lekko podwyższony ton prozy pisarki oraz pozwala wybrzmieć jej przedwojennej czułości wobec Polski — z całym urokiem i lekkim patosem.

Każde tłumaczenie jest wyborem

„W sercu Polski” to portret II Rzeczypospolitej: stronniczy, niekiedy naiwny, momentami protekcjonalny, miejscami zbyt gładki. Ale zarazem jest to ważne świadectwo zachwytu. Bo Rosa Bailly tłumaczy Polskę Francuzom, a każde tłumaczenie jest wyborem. Autorka chciała, by Zachód zobaczył w Polsce nie peryferia, lecz kraj wartościowy, godny uwagi, zakorzeniony w historii. Ten zamiar budzi szacunek. Ale ma swoją cenę. Czasem trudna rzeczywistość zostaje zamieniona w opowieść łatwiejszą do pokochania.
„W sercu Polski” trzeba czytać jak obraz oglądany przez przedwojenną szybę. Za tą szybą widać kraj, który po latach niewoli dopiero odzyskuje oddech. Rosa Bailly usłyszała bicie jego serca. Nie zawsze rozumiała jego arytmię. Nieczęsto brała zachwyt za rozpoznanie, malowniczość za prawdę, echo za melodię. Ale zapisała coś ważnego: emocjonalny portret Polski widzianej przez cudzoziemkę. Bo w tej książce pisarka opowiedziała o kraju, którego już nie ma — i choć nie zawsze widziała go ostro, ocaliła coś z jego blasku, kurzu i niepokoju.

*zdjęcia własne z książki