
Andrzej Klim
Dom Wydawniczy PWN 2015
Nagrodę otrzymałam od portalu ReadingSpace za recenzję książki Panie kresowych siedzib Magdaleny Jastrzębskiej
Bilans musi wyjść na zero
Andrzej Klim, tłumacząc w wywiadzie, dlaczego tytuł książki brzmi „Polska – Niemcy 1:0, czyli 1000 lat sąsiedzkich potyczek”, odpowiedział żartując: „Żeby nie drażnić Niemców dwucyfrowym wynikiem”. „Zbiorczego gola” przydzielił Polakom stojąc na stanowisku, że „bilans wielowiekowego sąsiedztwa wypada mimo wszystko na korzyść Polski”. W tym miejscu nie zgadzam się z autorem, uznając zarazem jego profesjonalną znajomość historii, w przeciwieństwie do mojej, stricte amatorskiej orientacji w dziejach Polski. Powiem więcej – nie zawsze w tym miejscu Europy „Bilans musi wyjść na zero”. Sam pisarz komentując spotkanie kanclerza Niemiec z premierem Polski stwierdził „Po raz pierwszy w historii Polak wychodzi cało z niemieckiego uścisku”. Może więc wynik tysiącletniej rozgrywki Polska – Niemcy był dla nas niekorzystny i cyfry na okładce należałoby zamienić miejscami?
Sztuka jest sztuka
Abstrahując od wyniku rywalizacji, anonsowanego w tytule, należy przyznać autorowi publikacji oraz edytorowi „Dom Wydawniczy” PWN, że powiodło się uprzystępnienie wielowątkowej przeszłości stosunków polsko-niemieckich. Wiemy doskonale, że relacje te przez całe wieki cechowała niechęć, wrogość, a nawet nienawiść. Ciężar gatunkowy dwustronnych sporów był przytłaczający, jednak Andrzej Klim potrafił spojrzeć na historię z dystansem właściwym otwartym umysłom, rozprawiając się, z nie zawsze racjonalnymi, narodowymi mitami. Niejednokrotnie udało się literatowi z dużym wyczuciem wytknąć rodakom ich narodowe przywary i wynikające z nich niedorzeczne działania. W wyniku wyborów króla, roku pańskiego 1697, „Polska miała dwóch królów elektów i obaj byli poza jej granicami” – ostatecznie wygrał ten, który był szybszy w drodze na tron. Incydent związany z królewskimi insygniami, niezbędnymi do koronacji saskiego elektora, rzuca światło na stan ówczesnej etyki. Ponieważ wyważenie drzwi do skarbca byłoby świętokradztwem, „wybito otwór w ścianie i tym sposobem wyniesiono precjoza”. I wszyscy byli zadowoleni…
Pan Bóg jest poliglotą
Autor szkicu historycznego o relacjach polsko-niemieckich interesująco przybliżył etymologię nazwy Niemcy, tłumacząc jej źródłosłów jako niemy tzn. nie mówiący po słowiańsku, ale także wyjaśniając, że Niemcy to ludzie, z którymi nie można się dogadać i to wcale nie z powodu odmienności języków dialogu. O spokojny dialog z Polakami często było trudno nie tylko Niemcom i nie tylko wrogom. Za panowania Augusta II Mocnego, podążające na podbój Mołdawii i Wołoszczyzny „wojska saskie i polskie bowiem, zanim dotarły na miejsce, zaczęły się tłuc ze sobą”. Zdaniom tego typu z pewnością brak poprawności politycznej, ale nie ulega wątpliwości, że przyjęta przez autora konwencja żartu w interpretowaniu historycznych wydarzeń sprzyja obalaniu prostych schematów myślowych używanych do opiniowania kontaktów dwóch nacji. Nie wiem, jak odebrano treść książki i jaki był jej wydźwięk w Niemczech, bo przecież wiadomo jest, że Polacy i Niemcy znacznie różnią się poczuciem humoru. Polskim czytelnikom, niewątpliwie, podobało się nazwanie krzyżackiego matecznika, Malborka, mianem „największa góra cegieł w Europie”, czy określenie kolebki polskości, Krakowa, jako „miasta, gdzie nawet kamienie mówią po polsku”. Nad wyraz efektownie autor spuentował nakaz modlitwy w języku niemieckim wydany dzieciom z Wrześni: „Niemieckie władze szkolne nie chcą pamiętać, że Pan Bóg jest poliglotą”.


Ordnung muß sein
Polonofil z urodzenia – Andrzej Klim – dowcipnie, ale i dobitnie wypomina naszym zachodnim sąsiadom wątpliwe w skutkach i intencjach obdzielanie Polski i świata kulturą i cywilizacją. Prowadząc czytelników poprzez istotne wydarzenia polsko-niemieckich realiów, nie zapomniał o wszechobecnym pruskim drylu, skrzętnie wykorzystywanym przez kreatywnych Polaków. W skrajnie trudnych warunkach potomkowie Piastów potrafili czerpać profity z germańskiego zamiłowania do posłuszeństwa, respektu wobec urzędowych dokumentów, kultu władzy i munduru, mając na uwadze złotą regułę niemieckopochodnych narodów: „Ordnung muß sein”.
Historia magistra vitae est
Z ponad tysiąca lat sąsiedzkich, nadgranicznych zmagań historyk dokonał subiektywnego wyboru zatargów, mieszając fakty, hipotezy i anegdoty. Do opisu zagmatwanych losów nadodrzańskich narodów używał języka internetowego „Pudelka”, celebryckich eventów, modowych blogów czy europejskiej nowomowy, co uczyniło lekturę książki łatwą i przyjemną. Nazywając rzeczy po imieniu starał się nie przemilczać prawd niewygodnych dla nas Polaków, a zapewne i dla Niemców. Historia widziana oczyma dziennikarza spragnionego sensacji, jawi się jako nieprzerwane pasmo spisków zawiązywanych przez ludzi owładniętych żądzą władzy, niespodziewanych skrytobójczych śmierci aktualnie panujących i nagminne stosowanie zbrojnego rozwiązywania konfliktów. Jeśli dodać jeszcze polityczne ożenki kilkuletnich następców tronów, zawieranie doraźnych paktów i pospieszne ich zrywanie oraz obietnice finansowe służące wszystkim politycznym umowom, to wydaje się, że historia, która jest nauczycielką życia, ma bardzo słabych uczniów.