Ulica Żółwiego Strumienia

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Twój Styl 2004

Szeptem, na paluszkach

     Jak odnieść się do książki, która wzbudziła we mnie piramidę emocji, uczuć, wspomnień, refleksji? Jak w kilku akapitach zamieszczanych w postach „książkowego” bloga pomieścić wrażenia wywołane lekturą, którą autorka, w skierowanej do mnie dedykacji, nazwała „swoją bardzo «własną» książką”? Tak własną, osobistą, że czytając ją starałam się „na paluszkach” wchodzić w jej intymny, wcale nie mały świat, aby nikogo nie urazić swym najściem. Bogactwo i głębia poruszanych w tomie zagadnień poraziła mnie i doprowadziła do wniosku, iż zapewne porwałam się z motyką na słońce pragnąc ująć w słowa myśli podszepnięte przez książkę autorstwa Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm oraz odczytać jej przesłanie i odkryć jego sens. Nie porzuciłam jednak zamiaru skomentowania autobiograficznych stron publikacji zatytułowanej „Ulica Żółwiego Strumienia” i podjęłam postawione przede mną wyzwanie.

Poplątane światy

     Zaciekawiła mnie nietypowa kompozycja książki zawierająca przeplatające się wspomnienia dziennik, zachowujące ciągłość czasu. Gdy kończy się okres obejmujący wspomnienia autorki (1992r.), rozpoczynają się wydarzenia przedstawione w dzienniku (1993r.). Retrospekcyjne ujęcie kwestii własnej biografii pozwoliło pisarce stworzyć w wyobraźni czytelników poplątane światy – polski i amerykański oraz przedstawić swoje „losy rozpostarte po mnóstwie krain”. Nieprawdopodobna ilość ludzi, miejsc, krajów, wydarzeń, podróży, spotkań, wydawała się niemożliwa do nagromadzenia w ciągu czterdziestolecia jednej osoby. A jednak! W życiu Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm spełniło się hasło propagandy sukcesu „Polak potrafi”. Owa Polka potrafiła pokierować swymi losami tak, aby opisane w książce wywołały u czytelników (a szczególnie ich żeńskiej części) stany wzruszenia, zamyślenia, wzburzenia, zazdrości. Ze wszystkich stron biografii wyłania się nadzieja i optymizm oraz przekonanie, że zawsze może i powinno być lepiej w życiu każdej z nas.

Polska była i będzie

     W tekście Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm dostrzegłam kilka przenikających się wątków pobocznych, jednakowo ważnych dla właściwego odbioru bardzo osobistych zwierzeń literatki. Wśród nich znalazły się wydarzenia zaczerpnięte z najnowszej historii Polski – od lat pięćdziesiątych do dziewięćdziesiątych XX wieku – pilnie studiowane przez autorkę,  mimo jej „historycznej nieobecności” w Kraju. Ojczyzna widziana zza oceanu jawiła się przedstawicielom Polonii, jako ziemia obiecana, kraina marzeń, za która należy tęsknić, ale niekoniecznie do niej wracać. W trudnych dla Polski okresach, między środowiskami emigrantów politycznych i ekonomicznych, w jakich obracała się pisarka, a Krajem, następował rozbrat. Zarówno w Polsce, jak i wśród przedstawicieli polskiej emigracji, pojawiały się postawy i wybory, które trudno było jej zrozumieć. „Jechałaś innym pociągiem niż my” – stwierdził jeden z jej przyjaciół. Pomimo realistycznego spojrzenia na swych rodaków i Ojczyznę, nikogo nie oceniała i zawsze występowała, jako orędowniczka sprawy polskiej na świecie. Będąc daleko od Europy bardzo przeżywała wydarzenia rozgrywające się w Kraju nad Wisłą. Zdawała sobie sprawę z tego, że „Polska była i będzie…  każde pokolenie musi spłacić dług swoją krwią”.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm przy Ul. Żółwiego Strumienia

Lubię swoich przyjaciół

     Drugim wątkiem zajmującym poczesne miejsce w publikacji polsko – amerykańskiej literatki jest cały szereg jej spotkań i znajomości z wybitnymi osobami pochodzącymi z Polski, Europy i świata. Przez karty wspomnień przewijają się dziesiątki, jeśli nie setki, nazwisk znanych czytelnikom z pierwszych stron gazet, z telewizji, a nawet z literatury. Wiele z nich należy do grona osób, o których Aleksandra Ziółkowska-Boehm  mówiła „Lubię swoich przyjaciół”. Obcowanie z wartościowymi ludźmi o szerokich horyzontach myślowych, wysokiej kulturze, niezłomnych postawach i wszechstronnie wykształconych sprzyjało rozwojowi wewnętrznemu, intelektualnemu i twórczemu pisarki. Dzięki temu studiowała wybrane przez siebie zagadnienia, formułowała własne wnioski, z odwagą głosiła swoje poglądy tworząc niezależne od nikogo dzieła literackie.

     Twórczyni bardzo udanie wprowadziła do swego tekstu cytaty innych autorów, przytoczyła cudne wiersze i umieściła elementy humorystyczne, acz nie pozbawione głębszego sensu. Ułożyła z nich niebanalną, czytelną mozaikę, pełną ujmującego uroku, w czym słychać podszepty mistrza Melchiora. Z wielu przykładów wybrałam urywki dowodzące finezyjności stworzonego utworu i literackiego polotu jego autorki. Jak mawiał jej ojciec: „inteligentny człowiek wie, co powiedzieć, mądry wie, kiedy powiedzieć”. A przyjaciółka skwitowała swego małżonka: „to był dobry mąż, on mi pomógł wydać te wszystkie pieniądze”. Ujmujący, prosty, refleksyjny  wierszyk Krystyny Siedleckiej szczególnie zapadł mi w pamięć:

Melchior Wańkowicz z autorką i jej synkiem

Dzieciństwo beztroskie,  
Dzieciństwo dalekie,
Dlaczego być muszę
Dorosłym człowiekiem?

Żyłam tak, jak chciałam

     Czas zatem na skomentowanie kluczowego wątku publikacji, jakim są nad wyraz osobiste wspomnienia Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm. Czy można je nazwać rozliczeniem z przeszłością? Chyba nie. Subiektywna natura tychże wspomnień zainspirowała mnie do przyjrzenia się lekturze „Ulicy Żółwiego Strumienia” przez filtr moich własnych (o ile uboższych) doświadczeń. W niekłamane zdumienie wprawiło mnie wiele podobnych obrazów, słów, odczuć zapamiętanych przez autorkę z okresu jej dzieciństwa. Nie spodziewałam się bowiem, iż tak poruszą mnie określenia „kompot w garnuszku”, „złota Bozia”, „sypanie kwiatków”, które towarzyszyły także mojemu dzieciństwu. Z radością czytałam strony poświęcone rodzinnym i religijnym świętom, wiośnie i latu, ogrodowi i zwierzętom, dziewczyńskim pamiętnikom czy lekturom. Niepokojem napawały mnie przytaczane przez pisarkę, z pozoru niewinne, zdania wypowiadane przez dorosłych, głęboko zapadające w pamięć dzieci. Z nich to wykluwają się późniejsze dziecięce lęki i fobie dorosłych. „Dziewczynki to nieustanne zmartwienie”, „jak my przeżyjemy z dziećmi”, „mamy dzieci, co z nimi będzie”, „[Mama] pójdzie sobie w cały świat”. Prozaiczka potrafiła wnikliwie obserwować życie, analizować wydarzenia i zachowania ludzi oraz wyciągać niezwykle trafne wnioski. Ten właśnie aspekt książki ujął mnie najbardziej. Tekst Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm naszpikowany jest mądrościami życiowymi i przemyśleniami podyktowanymi przez doświadczenie. Stwierdziła „życia nie ułożyłam sobie tak, jak chciałam, chociaż żyłam tak, jak chciałam”. Uważała, że „nie problemy… ale sposób, w jaki sobie z nimi radzimy, determinuje jakość naszego życia”. Zdarzało się, że „słowa prawdy nie bywały piękne, a słowa piękne nie były prawdziwe”.

Sercem pisana książka

     Znakomita pisarka, różnicując sposoby wyrażania emocji, uczuć, myśli przedstawiła czytelnikom mężczyzn swojego życia: syna – Tomka, męża – Normana i mentora – Melchiora Wańkowicza. Każda z tych postaci odegrała znaczącą rolę w życiu wybitnej kobiety i uzyskała należne miejsce na kartach autobiograficznej opowieści.
    Cezurą w życiu studentki polonistyki, Aleksandry Ziółkowskiej, było spotkanie Króla Reportażu – Melchiora Wańkowicza, od którego to spotkania „wszystko się zaczęło”, a późniejsze „wydarzenia odróżnia się na «przedtem» i «potem»”. Przełomowymi momentami osobistego życia Aleksandry były narodziny syna Tomasza oraz poślubienie Normana Boehm. „Ulica Żółwiego Strumienia” – książka napisana przez kochającą matkę – przesycona jest dzieciństwem, dorastaniem, młodością i osiągnięciami Tomka, ale i obawami, niepokojami troskliwej mamy. Zagłębiając się we wspomnienia Aleksandry o jej mężu – Normanie – odnosiłam wrażenie, że czytam opowieść o podróży poślubnej młodych małżonków, bywających i przyjmowanych przez rzesze przyjaciół, odwiedzających piękne zakątki i biorących udział w niepowszednich widowiskach, spektaklach, wystawach. Ta książka pisana była sercem!

Za wszystkie momenty i wszystkie dni

     Wspomnieniowa treść tomu poruszyła mnie i urzekła rozważnymi wskazaniami, zwracającymi uwagę na hierarchię spraw w życiu każdego z nas. Celem uświadomienia sobie, co jest w życiu najważniejsze można np. sporządzić na własny użytek listę „przyjemnych momentów w życiu”, aby posiłkować się nią w gorszych chwilach pamiętając, że zawsze może być lepiej. Warto zdać sobie sprawę, jak wiele zawdzięczamy innym ludziom: rodzinie, przyjaciołom i znajomym, dzięki którym poznaliśmy „wagę prawości człowieka”, „poczucie bezpieczeństwa”, „ważność pracy”, „rozważną pewność w postępowaniu” itp., itd. Bezgraniczną wdzięczność należni jesteśmy nosić w sercu dla Boga czy Opatrzności za życie, za zdrowie, za łaski…, za wszystkie momenty i wszystkie dni…

      „Piękne, bo polskie” są miejsca odwiedzane przez autorkę podczas jej pobytów w Ojczyźnie. Szczególnie bliskie i ukochane są te miejsca, do których i ja z radością powracam, a które literackie pióro Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm uwieczniło w książce: „smak rozgrzanych jagód zrywanych w Radziejowicach…białe brzozy w Nieborowie…zapach powietrza w Tatrach po deszczu…”.
radziejowickim Pałacu Radziejowskich i w nieborowskim Pałacu Radziwiłłów oraz w zakopiańskiej  Halamie, mieszczą się Domy Pracy Twórczej, gdzie autorka chętnie przebywała, czy to latem, czy zimą. Poznawała Tatry Polskie i ich górskie krajobrazy, w czym jest mi szczególnie bliska, bowiem „W górach jest wszystko, co kocham”… I niepojęta Natura, i poczucie Wolności, i bliskość Sacrum

     Dziękując Aleksandrze Ziółkowskiej-Boehm za wyjątkową i „bardzo własną książkę” posłużę się słowami celnego spostrzeżenia, jakim podzieliła się ze swoimi czytelnikami

 „To wielka sztuka umieć cenić swoją teraźniejszość, bez większych niepokojów o przyszłość i nie rozpamiętywać minionego”.

zdjęcia własne z książki