Zakopane Artystek

Natalia Budzyńska

Wydawnictwo Znak 2024

„Coś splątało mi się wspak
Poszło na dno w pąs kilimka –
Zapomniałam co i jak –
Ze ścian, złotem prószy drzymka.


Cisza pachnie – dzienny skwar
Nagrzał deski ciepłem swojem,
Kolorowe się ze szpar
Krasnoludki sypią rojem.”

Maryla Wolska

Okiem kolekcjonerki książek

Myślałam, że o Zakopanem wiem już dużo. Przeczytałam dziesiątki książek: przewodników, wspomnień, biografii, esejów. Znam to miejsce nie tylko z własnych wędrówek po Tatrach, ale także z lektur. Czytając „Zakopane artystek” Natalii Budzyńskiej, miałam jednak bardzo wyraźne poczucie obcowania z publikacją, która zbiera w jedno to, co przez lata rozproszone było w dziesiątkach innych lektur.
Jako wieloletnia miłośniczka Tatr i Zakopanego, kolekcjonerka pozycji wydawniczych o tych miejscach, rozpoznawałam tu wiele znanych mi już wątków, motywów i historii. A jednocześnie — co wcale nie jest takie oczywiste — ta książka potrafiła mnie zaskoczyć. Nie burzy ona znanej narracji o stolicy Tatr; raczej ją uzupełnia, zagęszcza i przesuwa akcenty.
Autorka buduje swoją opowieść jak powieść szkatułkową z kluczem. Jedna historia otwiera następną, bohaterki pojawiają się, znikają, po czym powracają w innych kontekstach. To nie jest narracja prosta ani liniowa. Trzeba czytać uważnie — czasem wolniej, czasem wracając kilka stron wstecz. Ten wysiłek ma jednak sens, bo w efekcie dostajemy coś więcej niż zbiór biogramów: całą historię Zakopanego w pigułce, esencję tego, co przez lata czytałam w publikacjach o Tatrach, opowiedzianą z perspektywy długo pomijanej.

Splątane jak górskie szlaki

Jednym z największych atutów tej książki jest dla mnie nagromadzenie faktów i ciekawostek, o których wcześniej nie wiedziałam — i mówię to jako osoba naprawdę dobrze osadzona w literaturze tatrzańskiej. Natalia Budzyńska dociera do mniej znanych źródeł, wydobywa epizody, które gdzie indziej pojawiały się co najwyżej marginalnie. Daje to ogromną czytelniczą satysfakcję, ale bywa również obciążeniem.
Momentami liczba nazwisk, dat i wzajemnych relacji zaczyna ciążyć, a narracja gęstnieje do tego stopnia, że przypomina raczej archiwum niż opowieść. To cena ambicji pokazania pełnego obrazu — bez upraszczania i skrótów.
Jednocześnie dużo miejsca autorka poświęca samej twórczości i procesowi powstawania dzieł. To dla mnie szczególnie ważne, bo w wielu biografiach miasto pod Giewontem bywa jedynie dekoracją. Tutaj jest czymś więcej — impulsem, katalizatorem, a czasem wręcz warunkiem zaistnienia dzieła. Wyraźnie widać, jak wiele tekstów, obrazów, wierszy i idei rodziło się właśnie pod Tatrami.

Reportaż historyczny z literacką wrażliwością

Bardzo cenne są dla mnie konkretne miejsca Zakopanego, które w tej książce przestają być jedynie punktami na mapie czy nazwami znanymi z przewodników. Wydarzenia rozgrywające się w sali widowiskowej hotelu „Morskie Oko ożywają jako realne centrum życia artystycznego i towarzyskiego — przestrzeń spotkań, występów, rozmów i sporów, w której krzyżowały się różne temperamenty i ambicje. Podobnie Dom pod Jedlami Pawlikowskich pokazany jest nie jako ikona stylu czy symbol epoki, lecz jako żywa przestrzeń codzienności: pracy twórczej, intelektualnej wymiany, bliskości i napięć. To Zakopane widziane „od środka” — zamieszkane, doświadczane, a nie oglądane z dystansu.
Nie mogło też zabraknąć wycieczek nad Morskie Oko, które w książce funkcjonują niemal jak rytuał: powtarzalny, a jednocześnie za każdym razem inny, zależny od pory roku, nastroju i towarzystwa. Ten motyw szczególnie mocno rezonował z moim własnym doświadczeniem — zarówno wędrownym, jak i czytelniczym — bo pokazuje Tatry nie jako tło, lecz jako przestrzeń przeżycia, która porządkuje myśli, relacje i opowieści.

Scena życia i sztuki

Natalia Budzyńska potrafi pisać o swoich bohaterkach z empatią i wyczuciem. Ich bogate charakterystyki — tak duszy, jak i ciała — sprawiają, że przestają być jedynie nazwiskami z kart historii, a stają się pełnokrwistymi postaciami. Nie są tylko „artystkami”, „pisarkami” czy „aktorkami”, lecz kobietami żyjącymi w konkretnym miejscu i czasie, zmagającymi się z własnymi ograniczeniami, pragnieniami i wyborami.
Szczególne wrażenie zrobiły na mnie cytaty rozsiane po tekście — krótkie frazy, które zostają w pamięci: „świat odrębny, artystyczny duchowo”, „istoty składające się z talentu i wdzięku”, czy to piękne zdanie o tym, jak „dólskie troski… z każdym krokiem… odpadają w przepaść”. W takich momentach książka naprawdę oddycha literaturą, a nie tylko dokumentem.
Ważnym elementem jest także wiersz Maryli Wolskiej, cytowany u samej góry, oraz podpisy pod ilustracjami — fragmenty tekstu, które sprawiają, że obraz i słowo wzajemnie się dopełniają, zamiast funkcjonować obok siebie.

Cena szerokiej perspektywy

„Zakopane artystek” nie jest lekturą łatwą ani wygodną w. Jej panoramiczna ambicja prowadzi momentami do przeciążenia: nazwisk, faktów i relacji jest tyle, że opowieść traci rytm, a niektóre bohaterki zaledwie migają, zamiast naprawdę wybrzmieć. Natalia Budzyńska chce ocalić wszystko i wszystkich — i właśnie w tym miejscu książka czasem się potyka, stając się zapisem gęstym, bardziej archiwalnym niż literackim.
A jednak ten nadmiar nie jest pusty. To nie brak selekcji, lecz świadoma decyzja, by nie upraszczać historii stolicy Podhala i nie redukować kobiecej obecności do kilku wygodnych nazwisk. Książka nie schlebia czytelnikowi — wymaga uważności i cierpliwości. W zamian oferuje poszerzenie perspektywy — wartość rzadką i kosztowną. „Zakopane artystek” nie zabiera mi znanego Zakopanego, lecz zmusza do korekty spojrzenia za cenę narracyjnej wygody. Taki zachwyt z zastrzeżeniami jest bardziej wyważony niż łatwy entuzjazm.

*zdjęcia z książki