VII Festiwal Historyczny „Tajemnice Trzech Stuleci”

Czerniejewo – 2026

„Tajemnice Trzech Stuleci”

VII Festiwal Historyczny „Tajemnice Trzech Stuleci” gościł w pałacu w Czerniejewie w powiecie gnieźnieńskim. Pomysłodawcą i organizatorem imprezy był Karol Soberski – prezes Fundacji Historycznej „Przywracamy Pamięć” oraz Instytutu Literackiego im. Marii i Franciszka Rubaszewskich.
Analizując Festiwal „Tajemnice Trzech Stuleci”, trudno oprzeć się wrażeniu, że nie jest to tylko efekt dobrego pomysłu czy sprawnej organizacji. Jego twórca, Karol Soberski, nie organizuje wydarzeń – on tworzy przestrzeń, do której inni chcą wracać. A jest to rezultat lat pracy, konsekwencji i, co najważniejsze, prawdziwej pasji do historii. Pasji, która nie zatrzymuje się na opowiadaniu, ale idzie dalej: szuka, odkrywa, przywraca pamięć.
Trzydzieści lat pracy zawodowej w przypadku Karola Soberskiego to nie tylko czas, ale przede wszystkim to, co zostało w tym czasie zbudowane. Bo on nie tylko opowiada historię — on ją wydobywa z miejsc zapomnianych, z ludzkich losów, z archiwów, które bez takiej pracy mogłyby zniknąć z naszej świadomości.

Strażnik pamięci

Kolejna, siódma edycja Festiwalu w pałacu w Czerniejewie, to wydarzenie, które nie jest „projektem”. To żywa, pulsująca wspólnota ludzi, których połączyła historia — i ktoś, kto potrafił ich zgromadzić. Nie przypadkiem, nie jednorazowo, ale rok po roku, budując coś trwałego. Jest w tym też coś jeszcze — umiejętność łączenia ludzi: naukowców, pasjonatów, pisarzy, odkrywców — tych, którzy badają i tych, którzy dopiero zaczynają zadawać pytania.
Karol Soberski ma też rzadką cechę: potrafi mówić o historii tak, że przestaje być ona odległa. Staje się bliska, konkretna, ludzka i trafia do naszej wrażliwości. Nie jako zbiór dat, ale jako opowieść o miejscach, ludziach, decyzjach i konsekwencjach. I dlatego można powiedzieć, że Karol Soberski jest nie tylko twórcą czy badaczem. Jest strażnikiem pamięci — takim, który nie pozwala jej zniknąć, ale też nie zamyka jej w przeszłości.
A Festiwal? Jest jego naturalnym przedłużeniem. Miejscem, gdzie ta praca spotyka się z ludźmi. I gdzie najlepiej widać, że to, co robi, ma sens. Bo jeśli po trzech dniach ludzie wyjeżdżają z Festiwalu z poczuciem, że historia jest niezwykle ważna — to znaczy, że ktoś wykonał kawał naprawdę dobrej roboty. I za to należy mu się uznanie.

Spotkanie środowiska

Jechałam na ten zjazd miłośników historii jako prelegentka, z przygotowanym wystąpieniem, z planem i lekkim napięciem, które zawsze towarzyszy takim momentom. A jednak bardzo szybko okazało się, że ten festiwal nie daje się zamknąć w schemacie: „przyjechałam – powiedziałam – wróciłam”. On wciąga w coś znacznie bardziej żywego niż tylko program wydarzenia. Bo zanim jeszcze na dobre rozpoczął się festiwal, pałac już żył. Ktoś przyjechał wcześniej, ktoś inny dopiero wchodził z walizką i rozglądał się, a jeszcze ktoś witał się, jakby wracał do znajomych, nie na wydarzenie. I rzeczywiście — to nie była tylko impreza z programem. To było spotkanie środowiska, które wraca do siebie co roku, jakby wracało do miejsca, które dobrze zna.

Oficjalne otwarcie w piątkowy wieczór miało w sobie elegancję, ale bez sztuczności. Były przemówienia, byli goście, był moment zatrzymania przy jubileuszu Karola Soberskiego. I to był jeden z tych momentów, kiedy wyraźnie widać, że za takim wydarzeniem stoi konkretny człowiek i jego wieloletnia praca. To wydarzenie powstało z lat działania, z uporu, z konsekwencji. Trzydzieści lat to historia, która ma swoją wagę — i ten festiwal to udowadnia.

„Musisz tam pojechać”

Później zaczęły się wykłady i pojawiła się ciekawość, zainteresowanie i chęć, żeby usłyszeć jeszcze jeden temat. Różnorodność była ogromna: od zapomnianych postaci pogranicza Wielkopolski i Kujaw (Karol Soberski), przez historię przemysłowego Wałbrzycha (Magdalena Woch), sanatoryjne leczenie arystokratek (Arkadiusz Gaca), aż po działania policji w ochronie zabytków (Marek Łuczak) czy nieoczywistą opowieść o zwierzętach na wojnie (Jacek Podemski). Brzmi jak zestaw przypadkowy, a jednak wszystko spinał jeden motyw — pamięć. Ta żywa, nieuporządkowana, pełna ludzi i ich losów, a czasem niewygodna.
I choć harmonogram był ważny, prawdziwe życie festiwalu toczyło się również pomiędzy punktami programu. Tego nie da się wpisać w plan. Festiwal trwał po wykładach — przy kolacji, w kuluarach, na schodach. Tam, gdzie rozmowy przestawały być oficjalne. Ktoś opowiadał o swoim odkryciu, ktoś dzielił się historią miejsca, ktoś zaczynał zdanie od „musisz tam pojechać…”, a rozmowy kończyły się jeszcze później. Tam historia przestawała być tematem, a stawała się doświadczeniem. I nagle okazywało się, że festiwal ma drugą warstwę — mniej widoczną, ale równie ważną.

„Pamiętajcie o dworach, przecież stamtąd przyszliście

Festiwalowa sobota była intensywna. Jedenaście wykładów brzmi jak wyzwanie, ale w praktyce ten dzień minął zaskakująco szybko. Tematy płynnie się zmieniały — od dramatycznych poszukiwań szczątków kapitana Raginisa (Dariusz Szymanowski), przez legendę Złotego Pociągu (Piotr Koper), przez historię siostry swego brata Działowskiego (Paweł Becker), aż po obalanie pejoratywnego mitu sarmatyzmu (Krzysztof Koehler). Każdy temat przyciągał inną wrażliwość, inny sposób patrzenia na historię. I to było najciekawsze — że nikt nie próbował jej zawężać. Wręcz przeciwnie, historia rozchodziła się na wszystkie strony, jakby celowo pokazywała, że nie da się jej zamknąć w jednej narracji.
A potem przyszedł moment, kiedy stanęłam po drugiej stronie — z prelekcją „Pamiętajcie o dworach, przecież stamtąd przyszliście, czyli drugie życie ziemiańskich siedzib”. Własny wykład zawsze jest doświadczeniem szczególnym, ale tutaj miał jeszcze jeden wymiar. Publiczność była słuchająca, uważna, a nie tylko obecna. To było widać w ciszy, w spojrzeniach, w pytaniach po. I w rozmowach, które zaczynają się po zakończeniu wystąpienia. Kiedy ktoś mówi, że coś go poruszyło — wtedy wiadomo, że to było spotkanie, nie tylko prezentacja.

Benefis Karola Soberskiego

W międzyczasie życie toczyło się dalej: kiermasz książek, który kusił bardziej niż powinien, pchli targ pełen drobiazgów z historią, wystawy aparatów fotograficznych i zabytkowych pojazdów. To wszystko nie było dodatkiem — było dopełnieniem. Materialnym śladem tego, o czym mówiło się na wykładach.
Wieczór przyniósł benefis Karola Soberskiego — wydarzenie, które mogłoby być formalne, a okazało się zaskakująco ciepłe i osobiste. Były wspomnienia, były gratulacje, była muzyka, ale przede wszystkim była atmosfera, której nie da się zaplanować. Widać było, że to nie jest tylko jubileusz „z okazji”. To było świętowanie relacji, pracy i wspólnej drogi.

„Las Tajemnic”

Niedziela przyszła ciszej. Wszyscy wiedzieli, że to już koniec i chcieli ten czas przeżyć inaczej. Pokaz filmu „Las Tajemnic” zrealizowany przez Fundację „Ocalić Pamięć” był mocnym akcentem, który zamknął festiwal bez uciekania w łatwe emocje. Po projekcji była cisza. Ta dobra cisza, która nie potrzebuje komentarza.
A potem był wyjazd.
I nagle okazuje się, że to wszystko nie kończy się w Czerniejewie.
Ktoś się żegna, ktoś mówi „do zobaczenia za rok”. I choć formalnie festiwal zostaje zamknięty, coś w środku zostaje otwarte.
Kiedy wyjeżdżałam z Festiwalu, miałam poczucie, że zabieram ze sobą więcej niż tylko wspomnienia. Rozmowy, obrazy, zdania wracające po kilku dniach. A największy problem tego festiwalu? Nie można być wszędzie. Nie uda się porozmawiać ze wszystkimi. Zawsze coś umknie. I zostaje lekkie uczucie niedosytu. Takie, które mówi, że trzeba tam wrócić. Choćby tylko myślami. Bo Festiwal nie skończył się w niedzielę. Skończył się… dużo później — kiedy już wszyscy wrócili do domów, rozpakowali torby i nagle złapali się na tym, że myślami są gdzie indziej.

Byłam częścią czegoś ważnego…

VII Festiwal Historyczny to dla mnie coś więcej niż wydarzenie. To miejsce, w którym historia naprawdę żyje — w rozmowach, w spotkaniach, w emocjach. Wszystko jest tu prawdziwe: ludzie, pasja, opowieści. Wyjeżdżałam z poczuciem, że byłam częścią czegoś ważnego… z nadzieją, że wezmę udział w kolejnym festiwalu, znów jako prelegentka i aktywna uczestniczka tego wyjątkowego spotkania. Bo tutaj historia potrafiła podejść bliżej i zapytać: co ty z tym zrobisz? I przypominała, że nie potrzebuje widzów — tylko tych, którzy zechcą ją unieść dalej.

*zdjęcia własne oraz pojezierze24.pl