Przygoda bycia Polakiem

Janusz Miliszkiewicz

Iskry 2007

Polskość z drugiej ręki

Książka Janusza Miliszkiewicza „Przygoda bycia Polakiem” ma nieco przewrotny tytuł, bo polskość jest tu przedstawiona jako sieć biografii, zbiorów, strat, powrotów i prywatnych pasji. Autor interesuje się ludźmi, którzy żyją w otoczeniu pięknych i cennych rzeczy, ale nie zatrzymuje się na samym podziwie dla nich. Patrzy na nie jak na rekwizyty historii — czasem szlachetne, czasem niejednoznaczne, czasem boleśnie uwikłane w politykę, pieniądze i pamięć.
Już we wstępie pojawia się zdanie, które można uznać za klucz do całej książki: „Ze wszystkiego na świecie najbardziej interesują mnie ludzie w otoczeniu pięknych i cennych przedmiotów, które zdobyli lub sami stworzyli”. Janusz Miliszkiewicz pisze reportażowy portret środowiska: kolekcjonerów, antykwariuszy, marszandów, artystów, bibliofilów, ludzi po przejściach i ludzi z pasją. W jego narracji sztuka krąży, znika, wraca, drożeje, bywa fałszowana, dziedziczona, sprzedawana, ratowana, wywożona i odzyskiwana. Jest wpisana w cudze losy — często równie ciekawa jak jej właściciele.

Antykwariat pełen życiorysów

Spis treści dobrze pokazuje rozmach tej książki. Na jej kartach spotykamy Marka Potockiego w rozdziale „Rękopis znaleziony niedaleko Saragossy”, Aleksandra Jochweda jako pierwszego monografistę Havla, Artura Lejwę — „polskiego sprzedawcę Picassa”, państwa Osełków z ich „perłami z Lamusa”, Władysławę Jaworską z pytaniem: „Jak ukraść obraz z Luwru?”, Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Władysława Bartoszewskiego, Andrzeja Starmacha, Andrzeja Wajdę, Alicję Wahl, Czesława Apiecionka i wielu innych. Ten zestaw nazwisk robi wrażenie, choć wymaga od czytelnika uważności. Książka przypomina spacer po dużym antykwariacie, w którym co chwilę trafiamy na coś nowego: rękopis, polonik, lampy, Modiglianiego, militaria, miniatury czy sztukę naiwną. Ten rytm bywa szybki, ale dobrze oddaje różnorodność świata, o którym pisze autor.

Pytania cenniejsze niż odpowiedzi

Jedną z mocniejszych stron książki jest nietypowe połączenie tematów sztuki, kolekcjonerstwa i polskich losów. Janusz Miliszkiewicz chętnie zatrzymuje się przy szczególe, z którego potrafi wydobyć charakterystyczną scenę. Z biografii swoich bohaterów wydobywa detale, które zostają w pamięci: za krótką drabinę, przekręcone nazwisko w dedykacji, rodzinne pamiątki, wykup księgozbioru, trop prowadzący przez Samarkandę, Mandżurię czy kręgi emigracyjne. W trakcie lektury wyraźnie widać, że pisarz często stawia pytania. Pyta o wartość obrazów — „na ile obrazy mają wartość same w sobie, a na ile ich pozycja rynkowa i w historii sztuki zależy od marszanda”. Zastanawia się także nad istotą kolekcjonowania, sensem polowania na polonika, błędami kolekcjonerów i granicą między pasją a handlem. Pyta również, czy wszystko jest na sprzedaż. I właśnie w tych pytaniach książka wychodzi poza świat galerii, aukcji i prywatnych kolekcji.

Pamięć po przejściach

Nie jest to bowiem wyłącznie rzecz o pięknych przedmiotach. Pod powierzchnią reportażowych scen widać trudną historię XX wieku: komunizm, emigrację, wojenne rozproszenie zbiorów, lęk tych, którzy przeżyli system, podejrzliwość wobec własności prywatnej, a także nie zawsze jasne drogi, którymi dzieła trafiały z jednych rąk do drugich. Rozdział poświęcony Mieczysławowi Ptaśnikowi i sztuce pod specjalnym nadzorem prowadzi w stronę relacji kultury z polityką. W notatkach przywołane zostało mocne zdanie: „Dzieje naszej powojennej sztuki są zakłamywane przez ideologicznych terrorystów, niektórych historyków sztuki, którym wydaje się, że mają monopol na prawdę”. Ta wypowiedź dobrze pokazuje temperaturę dyskusji, w których dzieła przestają być tylko zachwycającymi przedmiotami, a stają się częścią sporu o pamięć, prestiż i sposób opowiadania przeszłości.
Janusz Miliszkiewicz uważnie przygląda się ludziom, którzy tworzą prywatne światy z rzeczy ocalonych. Szczególnie interesująco wypadają partie dotyczące bibliofilów, antykwariuszy, kolekcjonerów druków konspiracyjnych, poloników i archiwów. Tu książka zyskuje bardziej refleksyjny wymiar. Kolekcjonerstwo nie jest wyłącznie kaprysem osób zamożnych ani elegancką formą lokowania kapitału. Bywa próbą przywracania ciągłości tam, gdzie historia zostawiła luki, konfiskaty, emigracyjne walizki i rodzinne milczenie. W tym sensie tytułowa „Przygoda bycia Polakiem” oznacza układanie tego, co zostało rozproszone: rękopisów, obrazów, listów, dedykacji, fotografii, książek i nazwisk.

Środowisko w kadrze

Publikacja ma przy tym charakter wyraźnie reportażowy, co przesądza o jej tempie i kompozycji. Autor prowadzi czytelnika od osoby do osoby, od kolekcji do kolekcji, od jednego losu do drugiego. Nie wszystkie wątki zostają rozwinięte z jednakową dokładnością, ale taki sposób opowiadania ma też swój urok: pozwala zobaczyć szeroką panoramę środowiska, które zwykle pozostaje na marginesie głównego nurtu refleksji o kulturze. Janusz Miliszkiewicz zbiera głosy, sytuacje, ślady i życiorysy, z których wyłania się obraz świata barwnego, ruchliwego i nie zawsze łatwego do jednoznacznej oceny.
Warto też pamiętać, że książka powstała z tekstów zakorzenionych w konkretnym czasie. Dlatego niektóre diagnozy dotyczące rynku sztuki, cen, mechanizmów prestiżu czy pozycji poszczególnych osób należy czytać jako zapis pewnego momentu. To ważne dopowiedzenie, bo porządkuje sposób lektury tego dokumentu środowiska: jego języka, ambicji, sporów, namiętności i wyobrażeń o wartości.

Kto umie patrzeć, widzi więcej

Najbardziej przekonuje mnie w „Przygodzie bycia Polakiem” nie celebracja bogactwa ani fascynacja twórczością artystyczną jako inwestycją, lecz obraz ludzi, którzy w gromadzonych zbiorach widzą coś więcej niż lokatę kapitału. Jedno z zanotowanych zdań brzmi: „klienci często kupują nie obrazy, lecz właściwie nazwiska aktualnie modnych malarzy”. To celna obserwacja, odsłaniająca snobistyczną stronę rynku. Ale obok niej pojawia się inna myśl: „Im człowiek ma lepsze wykształcenie ogólne, im jego słownictwo jest bogatsze, tym więcej widzi…”. To zdanie wydaje się szczególnie bliskie najlepszym fragmentom książki. Janusz Miliszkiewicz pokazuje, że obcowania z obrazami, historią i dawnymi pamiątkami trzeba się nauczyć.
Najpełniej publikacja wybrzmiewa tam, gdzie opowieść o rynku sztuki ustępuje miejsca refleksji nad pamięcią. Pisarz prowadzi czytelnika przez świat ludzi skupionych wokół sztuki, książek, archiwów i prywatnych kolekcji z reporterską czujnością oraz wyczuciem szczegółu. Potrafi wydobyć z pozornie drobnego elementu szerszy sens: polskie losy, rozproszone pamiątki, ambicje, powroty i potrzebę ocalania tego, co mogłoby zniknąć bez śladu.
Najciekawsze są tu właśnie te momenty, w których za obrazem, książką, rękopisem czy kolekcją odsłania się coś więcej niż ich materialna wartość: czyjś los, wybór, upór, pamięć rodzinna albo potrzeba ocalenia śladu. Autor pokazuje, że historia Polski bywa zapisana nie tylko w podręcznikach i archiwach, lecz także w antykwariatach, prywatnych mieszkaniach, galeriach, księgozbiorach i rodzinnych zbiorach. Rzeczy nie istnieją tu w próżni — nabierają znaczenia dopiero wtedy, gdy ktoś potrafi odczytać zapisaną w nich legendę.

*zdjęcia własne z książki