Czytam Po Polsku

Nad Jamcem i Wilią

Józef Burczak-Abramowicz

Nałęczów 2004

W krajobrazie Dzikich Pól”

Do „Nad Jamcem i Wilią” sięgnęłam oczywiście dla dworów i Kresów. Ale szybko okazało się, że stanowią tylko początek znacznie większej opowieści. Józef Burczak-Abramowicz prowadzi czytelnika przez Ukrainę i Wileńszczyznę, rodzinne majątki, stadniny, polowania, ziemiańskie koligacje, wojny i życie ułańskie, aż po własną drogę artystyczną. Wszystko to zapisuje z perspektywy człowieka, który znał ten świat od środka.
Pierwsza część książki należy do Ukrainy – „ziemi rodzinnej”, jak nazywa ją autor. Już tytuły podrozdziałów: „Między dworem a chatą” czy „Ziemiańskie święta” zapowiadają sposób opowiadania. Burczak-Abramowicz uważnie przygląda się gospodarstwu, pracownikom, rezydentom, zwierzętom i rytmowi codziennych zajęć. W Sachnach, rodowym gnieździe Abramowiczów, dwór nie sprowadza się do salonu. Widzimy jego gospodarcze zaplecze i codzienną pracę. Dzięki temu poznajemy go zarówno od strony reprezentacyjnej, jak i tej znacznie bardziej codziennej – związanej z prowadzeniem gospodarstwa.

Ludzie i konie

Najwięcej miejsca zajmują jednak ludzie i chyba właśnie oni są największą siłą tych wspomnień. Autor przywołuje poszczególne postacie poprzez charakterystyczną cechę, zachowanie czy anegdotę. Pojawiają się krewni ze strony matki, Ziemięccy, Żmigrodzcy, Berezowscy, Kumanowscy oraz gospodarze kolejnych majątków. A jednak niektórzy szybko zyskują wyraziste rysy. Burczak-Abramowicz lubi kreślić portrety charakterów i dzięki temu jego rodzinno-towarzyska kronika nie zamienia się w suche zestawienie koligacji.
No i konie. Bez nich właściwie trudno byłoby tę książkę sobie wyobrazić. Stadninie arabów Abramowiczów autor poświęca osobny rozdział; pisze o kosztach utrzymania stada, pokazach i ujeżdżaniu ogierów, później o polowaniach, służbie w kawalerii, manewrach i wyścigach. Motyw konia towarzyszy artyście od dzieciństwa aż do dojrzałej twórczości malarskiej. Pod koniec książki pojawia się nawet znaczący tytuł: „Konia widzę, konia czuję, rozumiem”. I rzeczywiście – to nie fascynacja obserwatora. Burczak-Abramowicz zna konie ze stajni i siodła, a później patrzy na nie również okiem artysty.

„Rodzinno-towarzyskie klimaty”

Równie ciekawy jest rozdział o służbie w ukraińskich dworach. Harasym, strzelec Marko, Maksio czy Marcin mają własne umiejętności, przyzwyczajenia i temperamenty. Właśnie tutaj szczególnie dobrze widać, jak wiele informacji o dawnym świecie przechowuje język. Klucznica, rządca, gumienny, psiarczyk, bałaguła – słowa niegdyś zwyczajne, z których część może dziś wymagać zajrzenia do słownika. Dla mnie to jeden z ciekawszych wymiarów tej książki. Odszedł określony model życia, a wraz z nim z codziennego użycia zniknęło całe słownictwo opisujące ludzi, ich funkcje i obyczaje. W książce zachowano także wypowiedzi w języku ukraińskim w oryginalnym brzmieniu, co dodatkowo wzmacnia dokumentalny charakter tej części.
Na osobne wyróżnienie zasługują opisy przyrody i zmieniających się pór roku. Sceny letniego popołudnia, wiosennych prac polowych, roztopów i przedwiośnia Burczak-Abramowicz przedstawia z dużą wrażliwością na szczegół i atmosferę. Dzięki tym fragmentom krajobraz przestaje być jedynie tłem wydarzeń, a staje się częścią opowieści o codziennym rytmie życia dworu i gospodarstwa.

W wojnie polsko-bolszewickiej”

W pewnym momencie ton rodzinnej gawędy wyraźnie się zmienia. Rewolucja, mordy, ucieczka ziemian i wojna polsko-bolszewicka prowadzą wreszcie do pożegnania z Ukrainą, któremu autor poświęca podrozdział „Pieśnią żegnam Ukrainę”. Kończy się świat jego dzieciństwa. Te fragmenty czyta się inaczej również dlatego, że Burczak-Abramowicz nie jest bezstronnym kronikarzem stosunków polsko-ukraińskich. Pisze z perspektywy własnego środowiska, własnych przeżyć i doświadczenia przemocy. Niektóre jego określenia Ukraińców są bardzo ostre, niekiedy wręcz rażące swoją generalizacją. Są częścią pozostawionego świadectwa, ale jednocześnie wymagają historycznego dystansu. Wspomnienia są ważnym źródłem do poznania epoki, pozostają jednak zapisem jednostkowego doświadczenia, a nie obiektywnym opisem wszystkich jej uczestników.

„Polskie szlacheckie gniazdo”

Po Ukrainie przychodzi Wileńszczyzna – „moja druga ojczyzna”. I znów robi się tłoczno od nazwisk i rodzinnych historii. Autor swobodnie przechodzi od jednej rodziny do drugiej. Raz zatrzymuje się przy architekturze, kiedy indziej przy rodzinnej tragedii, romansie czy zabawnym zdarzeniu. Wspomina „dwór parterowy w stylu polskim” i prawdziwie litewski dworek, osłonięty drzewami i otwarty dla gości. Z takich szczegółów wyłania się Wileńszczyzna żywa i konkretna, zamieszkana przez ludzi, których życie nie sprowadzało się przecież do nazwiska i herbu.
Wśród wileńskich wspomnień Burczaka-Abramowicza co pewien czas trafiamy na postaci i dzieła dobrze znane z historii Polski. W Szemetowszczyźnie Skirmuntów wisiały „KuropatwyJózefa Chełmońskiego. To jeden z tych szczegółów, które od razu zmieniają sposób patrzenia na dawne wnętrza dworskie. Autor wspomina też Swolkieniów, teściów Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, oficera 4 Pułku Ułanów Zaniemeńskich. Jest również Hanka Ordonówna, żona hr. Michała Tyszkiewicza – wraz z nią w ziemiańską narrację wkracza świat międzywojennej estrady.

„Fantazja ułańska”

Nie wszystkie historie są eleganckie i salonowe – i całe szczęście. Są łaźnie, alkohol, samobójstwa, niefortunne zaloty, oficerskie wizyty, rodzinne dziwactwa. Szczególnie dobrze wypadają sceny obyczajowe, które przełamują oficjalny ton wspomnień. Dzięki nim ludzie z tych wspomnień bywają sympatyczni, ekscentryczni, śmieszni, czasem tragiczni, ale nie zamieniają się w pomnikowe postacie. Właśnie tutaj książka najbardziej przypomina gawędę opowiadaną komuś, kto zna część nazwisk i miejsc. Dla współczesnego czytelnika oznacza to czasem konieczność pilniejszego śledzenia rodzinnych powiązań, ale właśnie ten brak nadmiernych objaśnień dodaje opowieści autentyczności.
Osobny świat stanowi 4 Pułk Ułanów Zaniemeńskich. Burczak-Abramowicz wspomina życie wojskowe, pisząc nie tylko o służbie, manewrach i ćwiczeniach, lecz także o wspólnych obiadach, żołnierskim ślubie, balach, awanturach i pułkowych obyczajach. Pułk poznajemy więc zarówno od strony służbowej, jak i prywatnej. Dyscyplina sąsiaduje tu z młodością, życiem towarzyskim i niemałą ułańską fantazją.
Ostatnia część wspomnień prowadzi ku sztuce. Początki malowania, profesorowie, wystawy w Niemczech i Polsce, powrót do kraju, akwarela i działalność środowiskowa nie wydają mi się odrębnym epilogiem. Z wcześniejszymi rozdziałami łączy je przede wszystkim motyw konia – obecny najpierw w rodzinnej stadninie, potem w kawalerii, a wreszcie w twórczości malarskiej autora. Ta ciągłość bardzo naturalnie domyka jego opowieść.

Obraz świata odległego

Nad Jamcem i Wilią” czytałam przede wszystkim jako świadectwo ziemiańskiego środowiska i jego obyczaju, ale też zapis bardzo osobistej pamięci. Nie wszystkie rozdziały zainteresowały mnie jednakowo, a niektóre poglądy autora wymagają krytycznego dystansu i osadzenia w realiach epoki. Ta niejednorodność również ma swoją wartość – przypomina, że mamy do czynienia ze wspomnieniami, a nie uporządkowaną syntezą historyczną. Burczak-Abramowicz nie stylizuje dawnego świata zgodnie z naszymi wyobrażeniami o życiu dworu. Opisuje ten, który pamiętał.
I chyba dlatego najciekawsze są tutaj rzeczy najmniejsze: ktoś, kto umiał obchodzić się z końmi, osobliwe zachowanie sąsiada, sposób prowadzenia gospodarstwa, rodzinne powiedzenie, pułkowy bal, postać służącego zapamiętana po dziesięcioleciach. Wielkie wydarzenia odebrały autorowi Ukrainę i zmieniły całe jego życie. To, czego historia nie zdołała zabrać, zostało w pamięci. Z tej pamięci Burczak-Abramowicz zbudował obraz świata odległego, a jednocześnie niezwykle konkretnego i pełnego szczegółów.

*zdjęcia własne z książki