
Bastek G, Bogusz M
PWN 2026
Sztuka patrzenia
Portret, pejzaż, martwa natura – nazwy dobrze znane, ale niewiele mówią o tym, jak dawniej oceniano obrazy i czego od nich oczekiwano. Liczyły się nie tylko temat i kunszt malarza, lecz także przeznaczenie dzieła, pozycja zamawiającego oraz symbole czytelne dla ówczesnych odbiorców. Mnie szczególnie interesują okoliczności powstania obrazu, jego późniejsze losy i znaczenia, które z upływem czasu przestały być oczywiste. Właśnie tym zagadnieniom Grażyna Bastek i Marcin Bogusz poświęcili książkę „Ilustrownik. Przewodnik po gatunkach i tematach malarskich”.
To drugi tom „Ilustrownika”. Pierwszy, „Przewodnik po sztuce malarskiej”, napisała Grażyna Bastek; ukazał się on w 2024 roku. Przybliżał warsztat dawnych mistrzów, ich techniki, materiały oraz proces powstawania obrazów. Tym razem autorzy zajmują się przede wszystkim treścią dzieł i sposobami jej przedstawiania. Grażyna Bastek, historyczka sztuki specjalizująca się w malarstwie nowożytnym oraz Marcin Bogusz, badacz sztuki średniowiecznej i wczesnonowożytnej, przygotowali obszerną publikację, w której analizę obrazów uzupełnia wiedza o obyczajach, religii i życiu społecznym.




Zapomniany język malarstwa
Dawni odbiorcy rozpoznawali w obrazach konwencje i aluzje, które dzisiaj często wymagają objaśnienia. Malarstwo historyczne zajmowało inne miejsce w hierarchii niż scena rodzajowa, portret reprezentacyjny pełnił inne funkcje niż przedstawienie codziennego życia, a alegoria posługiwała się symbolami, których znaczenia nie zawsze są dla nas oczywiste. Płótno mogło być również poetyckim rebusem, rodzajem gry z wykształconym widzem. Najbardziej intryguje mnie to, że można podziwiać urodę dzieła, a jednocześnie nie rozumieć jego treści.
Książka składa się z pięciu części, poświęconych gatunkom malarskim, kategoriom estetycznym, typom i funkcjom przedstawień, tematom oraz seriom przedstawień. Pojawiają się w niej również mniej znane pojęcia: conversation piece, bodegón, decorum, terribilità czy Stimmung. Autorzy wyjaśniają ich znaczenie, odwołując się do dawnych sposobów przedstawiania świata. Doceniam zwłaszcza omówienie kategorii estetycznych, takich jak idealizacja, deformacja czy groteska. Pokazuje ono, jak zastosowane środki wyrazu zmieniały charakter obrazu.



Trzy obrazy, trzy sposoby patrzenia
Najchętniej czytałam fragmenty, w których autorzy odchodzą od klasyfikacji i skupiają się na konkretnych dziełach. Zaskoczyła mnie „Stara kobieta gotująca jajka” Diega Velázqueza z 1618 roku, omówiona w rozdziale o hiszpańskim bodegón. Velázquez miał wtedy zaledwie dziewiętnaście lat, a już wykazywał zdumiewającą dojrzałość warsztatową. W scenie przedstawiającej starszą kobietę i chłopca zachwyca precyzja obserwacji. Płótno jest zarazem świadectwem kultury materialnej i życia codziennego w XVII-wiecznej Hiszpanii.
W przypadku „Pochodzenia świata” Gustave’a Courbeta z 1866 roku, omówionego w rozdziale poświęconym aktowi horyzontalnemu miałam tzw. mieszane uczucia. Przez wiele lat obraz pozostawał w prywatnych zbiorach, a od 1995 roku znajduje się w Musée d’Orsay. Jego droga z prywatnych kolekcji do publicznego muzeum dobrze ilustruje przemiany obyczajowe. Poznając losy dzieła i reakcje na jego wystawianie, łatwiej zrozumieć emocje, jakie budził.
Z wielką przyjemnością zatrzymałam się również przy kompozycji „Cztery pory roku w jednej głowie” Giuseppe Arcimboldo, którą autorzy omawiają w części poświęconej czterem żywiołom. Zwierzęta i rozmaite przedmioty układają się na jego obrazach w ludzkie profile, choć nie zawsze dostrzegamy je od pierwszego spojrzenia. Prace te łączą alegorię, obserwację przyrody, grę skojarzeń i intelektualny żart. Lubię tę przewrotność: gdy rozpoznamy całość, znów przyglądamy się szczegółom, które przed chwilą wydawały się przypadkowe. Pod tą pomysłową zabawą kryje się przy tym rozbudowana symbolika.



Funkcje przedstawień
Więcej skupienia wymagała ode mnie część poświęcona funkcjom przedstawień. Obok obrazów narracyjnych i reprezentacyjnych pojawiają się dewocyjne, parenetyczne czy wotywne. Jedne miały opowiadać historie, inne utrwalać wzorce postępowania, pobudzać do religijnej refleksji albo podkreślać społeczną pozycję fundatora. Znaczenie miało też miejsce, w którym płótno miał się znaleźć. Dzieło oglądane dzisiaj w muzealnej sali mogło niegdyś pełnić funkcję, której współczesny widz nawet się nie domyśla. Takie rozróżnienia mogą brzmieć akademicko, ale bez nich łatwo przeoczyć to, co było najważniejsze dla pierwotnych odbiorców.
W rozdziałach tematycznych pojawiają się najważniejsze ludzkie doświadczenia: narodziny, dzieciństwo, dojrzewanie, miłość, walka, cierpienie, starość i śmierć. Towarzyszą im rozrywki, podróże, zdrady, zwycięstwa i klęski. Za pośrednictwem postaci historycznych, biblijnych i mitologicznych artyści opowiadali o ludzkich wyborach, zaletach i słabościach. Osobne miejsce zajmują cykle przedstawień: pory roku, cztery żywioły, zmysły, cnoty i grzechy.



Bogactwo wiedzy i jego cena
Erudycja Grażyny Bastek i Marcina Bogusza robi wrażenie. Autorzy swobodnie łączą historię sztuki z mitologią, literaturą, teologią i dziejami obyczajów. Chętnie sięgają przy tym po twórców mniej dziś znanych. Bardzo odpowiada mi takie podejście. Historia sztuki jest przecież znacznie bogatsza niż zestaw kilkudziesięciu arcydzieł, które oglądamy wciąż na nowo.
Język „Ilustrownika” jest staranny, precyzyjny i rzeczowy. Autorzy potrafią zajmująco opowiadać o konkretnych dziełach, ich twórcach i historycznych okolicznościach powstania. Nieco inaczej przedstawiają się fragmenty poświęcone zagadnieniom teoretycznym, w których wywód chwilami przypomina akademicki wykład. Naukowa dokładność przeważa tu nad swobodą popularnej gawędy, co nie zawsze sprzyja płynności lektury.
Zdarzało mi się wracać do wcześniejszego fragmentu albo zaglądać do dodatkowych źródeł, zwłaszcza przy licznych odniesieniach mitologicznych i specjalistycznych terminach. Najbardziej brakowało mi słownika pojęć z zakresu historii sztuki, który ułatwiłby korzystanie z publikacji, zwłaszcza czytelnikom bez wykształcenia kierunkowego. Nie chodzi przecież o upraszczanie treści, lecz o jej większą przystępność.
Mimo tych zastrzeżeń bogactwo materiału pozostaje jedną z największych zalet albumu. „Ilustrownik” najlepiej więc czytać bez pośpiechu. Dla mnie to przede wszystkim książka, do której można wielokrotnie wracać, wybierać interesujące rozdziały i zestawiać komentarze autorów z reprodukcjami. Wtedy bogactwo materiału nie przytłacza, lecz zachęca do dalszych poszukiwań.



Opowieść, która meandruje przez historię
Najbardziej zainteresowały mnie fragmenty „Ilustrownika”, w których autorzy wychodzą poza analizę malarską, przybliżając losy dzieł i związanych z nimi ludzi. W malarstwie dostrzegają „opowieść, która meandruje przez historię, obrastając w kolejne epizody istotne i znaczące dla opowiadających i słuchających”. Takie podejście jest mi szczególnie bliskie. Zawsze chciałam wiedzieć, kto zamówił obraz, w jakich okolicznościach powstał i jaką drogę przebył, zanim trafił do muzeum. Dzieje malowideł wiele mówią o ludzkich ambicjach, przekonaniach i obyczajach minionych epok. „Ilustrownik” wzbogacił moją wiedzę i zachęcił do powrotu do znanych płócien. Podczas kolejnej wizyty w muzeum z pewnością zatrzymam się przy niejednym z nich na dłużej, próbując zrozumieć intencje artysty i wyobrazić sobie reakcje pierwszych odbiorców. Choć odwiedziłam już wiele muzeów, książka uświadomiła mi, jak dużo jeszcze mogę odkryć w sztuce, która od lat mnie fascynuje. I właśnie to uważam za jej największą wartość.

*zdjęcia własne z książki