piątek, 15 czerwca 2018

Lepszy dzień nie przyszedł już

Wilk, Roman, Dołęga, Rado - 1974 Aleksandra Ziółkowska-Boehm  


ISKRY 2012















Polskość jak stuletni dębniak...

     Gawęda Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm o „Dworze w Kraśnicy i hubalowym Demonie” zainspirowała mnie do powtórnego sięgnięcia po inną lekturę tej samej autorki. Jakże inaczej odczytywałam myśli zawarte w publikacji o niebanalnym tytule „Lepszy dzień nie przyszedł już”. „Pierwsze czytanie” wstrząsnęło mną przerażającymi opisami aktów przemocy fizycznej i psychicznej, jakie miały miejsce podczas deportacji, wywózek, osiedleń, katorżniczej pracy i egzystencji na nieludzkiej ziemi. „Aby przeżyć do jutra, traciło się czasami człowieczeństwo. Głód tłumaczył wszelkie zachowania”. Więc nie dziwiło wtedy skonsumowanie psa czy głowy konia. „Drugie czytanie” pozwoliło mi z większą uwagą skupić się na pojedynczych losach ludzi postawionych w obliczu tragicznych wydarzeń w nienormalnych okolicznościach, będących zaprzeczeniem humanitarnych warunków życia. W zderzeniu z realistycznym przedstawieniem uroków życia w kresowych dworach: w Szemiotówce na Polesiu, w Dźwiniaczu na Podolu czy w Ławskim Brodzie na Nowogródczyźnie, gdzie „polskość jak stuletni dębniak nastała”, gehenna zesłańców jawiła się wyjątkowo koszmarnie. A na Kresach było tak pięknie:
duży okrągły bochenek leżał na stole na desce, obok nóż. Najpierw Tatuś robił krzyż, nazywało się to «przeżegnać chleb»”, 
Na Wielkanoc przyrządzano szynki. Wędzono je dwa tygodnie, paląc drewnem olchowym i jałowcowym, we własnej wędzarni”, 
na zamieszkanie w internacie przygotowano… specjalną wyprawkę – oznaczone monogramami noże, widelce, prześcieradła, ręczniki”.

 

Nie mogłam płakać, nie umiałam

     Aleksandra Ziółkowska-Boehm, jak nikt inny umiała zanurzyć się w niełatwe biografie Polaków, którym hitlerowscy i sowieccy okupanci, jednym rozkazem, zagrabili i zniszczyli wszystko: domy, rodziny, Ojczyznę. Pisarce udało się uniknąć w tekście taniego sentymentalizmu, przesadnego dramatyzowania i nadmiernego patosu. „Nie mogłam płakać, nie umiałam. Dalej nie mogę”. Tak wspominała Joanna, a może Aleksandra spisująca wspomnienia Joanny? Tekst książki został natomiast przepełniony opisami szlachetnych uczynków, charakterystykami prawych ludzi i ich wyjątkowymi reakcjami na zło (Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj).
Wzruszająca i przerażająca jest fotografia wykonana w latach trzydziestych XX wieku w Kobryniu na Polesiu, a przedstawiająca rodzinę Michalaków: Władysławę, Antoniego, Joasię, Józia i Henia. Bilans strat wojennych osób z tego zdjęcia wypadł dramatycznie. Z pięciu członków rodziny ocalała w istocie jedynie Joanna. Jej brat Józio przeżył, ale z uszkodzonym mózgiem był niezdolny do samodzielnego życia. Rodzice trójki dzieci zginęli podczas „podróży” bydlęcym pociągiem na zesłanie. Henio zmarł w szpitalu w Teheranie. Miał tylko sześć lat

Michalakowie:Władysława, Antoni, Józio, Henio - lata 30' XX w.
Michalakowie:Władysława, Antoni, Józio, Henio - lata 30' XX w.


 Pyta Pani o Polskę...

     Ambasadorka polskości używając pięknej polszczyzny potrafiła w niezwykle sugestywny sposób przedstawić koleje losu Polaków, których wiatry historii, pisanej przez bezwzględnych najeźdźców, zapędziły w najdalsze zakątki globu. Nie z własnej woli Joanna przez Uzbekistan, Iran, Meksyk dotarła aż do Stanów Zjednoczonych osiedlając się w Chicago. Nie z własnego wyboru Krystyna i jej córka Anulka zamieszkały w Afryce Południowej, jedna w Kapsztadzie, druga w Johannesburgu. Z całą pewnością Roman – pan na Ławskim Brodzie – nie marzył o pracy górnika w Wielkiej Brytanii. Wszyscy bohaterowie książki Aleksandry Ziólkowskiej-Boehm, skutkiem kataklizmu II wojny światowej, wiodąc ciężki los tułacza, wypędzonego z ojcowizny i Ojczyzny,  znaleźli się na obczyźnie. Żyli przeszłością mając pod powiekami obraz raju utraconegoKresów Wschodnich Rzeczypospolitej. Osadzeni w obcej rzeczywistości nie rozpamiętywali koszmaru wojny. Żyli teraźniejszością, starając się odnaleźć w nowej, trudnej sytuacji życiowej, skupiając się na zdobywaniu chleba powszedniego. Przyszło tam na świat nowe pokolenie Polaków. Pisarka próbuje dociekać ich poczucia tożsamości narodowej, stawiając ich wobec niełatwych kwestii:  „Pyta Pani o Polskę…”. Polskę tę znają tylko z opowieści rodziców lub dziadków, którzy zapamiętali ją, jako kraj mlekiem i miodem płynący. Przedstawiciele tzw. Polonii reprezentują różne skomplikowane postawy wobec ojczyzny przodków. Mistrzyni pióra z wielkim znawstwem tematu (mieszka w USA ponad dwadzieścia lat) zapoznała czytelników z trudnymi realiami bycia Polakiem – emigrantem w pierwszym pokoleniu, oraz z asymilowaniem się w obcym kraju kolejnych pokoleń pół-Polaków, ćwierć-Polaków… nieznających języka polskiego i nieodwiedzających Polski.

Maria i Mieczysław Wartanowiczowie we Lwowie -  - lata 30' XX w.
Maria i Mieczysław Wartanowiczowie we Lwowie -  - lata 30' XX w.
Krystyna Wartanowicz z Anulką i Jerzykiem - lata 30' XX w.
Krystyna Wartanowicz z Anulką i Jerzykiem - lata 30' XX w.








 

 

 

 

Broni nie złożę. Munduru nie zdejmę

     Znaczącą rolę w projektowaniu przyszłości zawodowej autorki odegrał Melchior Wańkowicz i to jego postać przebija z kart zbioru opowieści, szczególnie jego części ostatniej. Pozornie odmienna trzecia część książki różni się od poprzednich jedynie drogami dotarcia bohaterów do umownego punktu: koniec wojny. Dalsze etapy życiowej tułaczki są dla nich  podobne. W przypadku Romana Rodziewicza droga ta była równocześnie tworzeniem się historii Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego – hubalczyków, którzy za swoim dowódcą majorem Henrykiem Dobrzańskim głosili „Broni nie złożę. Munduru nie zdejmę”. To ci żołnierze przyczynili się do narodzin legendy majora Hubali. Legendy w pełni zasłużonej, jeśli spojrzeć chociażby na kwestię rozkazów o rozwiązaniu Oddziału. Trzykrotnie major rozkazów tych nie wykonał, jednocześnie nie sprzeniewierzając się przysiędze żołnierskiej i stojąc na straży honoru żołnierza polskiego. Charyzmę Henryka Dobrzańskiego można by jedynie porównać do sztuki przywództwa, jaką prezentował marszałek Józef Piłsudski.

Z miejsca na miejsce

     Przypadek (?)spowodował serię owocnych spotkań: Romana Rodziewicza z panią ambasadorową – siostrą majora Hubala, z jej polecenia spotkanie Romana Rodziewicza z Melchiorem Wańkowiczem (przed wojną autor „Ziela na kraterze” bywał w Ławskim Brodzie), spotkanie Melchiora Wańkowicza z Aleksandrą Ziółkowską (napisałam o tym spotkaniu przy okazji recenzji książki „Na tropach Wańkowicza”) oraz spotkania Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm z Romanem Rodziewiczem. Owocami tychże spotkań i zawartych znajomości były publikacje Melchiora Wańkowicza i jego Asystentki dotyczące hubalczyków i legendy ich dowódcy.
Hubalczyk, przenoszący się „Z miejsca na miejsce”, Roman Rodziewicz, więzień hitlerowskich obozów śmierci w Birkenau i Buchenwaldzie, pod koniec życia znalazł w Anglii, gdzie osiadł, swoją Jasną Górę.  Nie bronił jej jednak przed najazdami. Angielska Jasna Góra dała hubalczykowi schronienie i otoczyła opieką w ostatnich chwilach życia trwającego 101 lat.

Roman Rodziewicz - Jasna Góra w Anglii 2011
Roman Rodziewicz - Jasna Góra w Anglii 2011
Melchior Wańkowicz, Aleksandra Ziółkowska, Roman, Dołęga - 1974
Melchior Wańkowicz, Aleksandra Ziółkowska, Roman, Dołęga - 1974


 

 

 

 

 

 

 

 

Zaczytanie non-fiction

     Pięknie wydana książka w twardej oprawie, z licznymi fotografiami archiwalnymi i współczesnymi, zaopatrzona w Indeks osób i Przypisy jest ważną pozycją historycznej literatury popularnonaukowej. Pisarka często odsyła dociekliwych czytelników do źródeł podawanych informacji, tym samym dowodząc, iż jej praca ma charakter publikacji non-fiction, która nie tworzy zmyśleń, a zawiera czystą prawdę historyczną odnoszącą się do autentycznych wydarzeń i ludzi. Na domiar tego książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm jest niezwykle wciągającą lekturą, która doprowadziła mnie do stanu zaczytania. Już wyjaśniam. Podczas czytania książki wynotowuję szczególnie interesujące mnie kwestie. Zwykle notatki takie pojawiają się po przeczytaniu pięciu stron. W przypadku poruszającego wewnętrznie tekstu Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm uświadamiałam sobie, że jednym tchem przeczytałam ponad trzydzieści stron nic nie notując. Oczywiście nie dlatego, że nie znalazłam niczego godnego uwagi. Wręcz przeciwnie, przejmująca lektura pochłonęła mnie bez reszty.

Na dziś jestem zupełnie szczęśliwa

     Pisarka, patrząc z perspektywy czasu, podzieliła się z czytelnikami refleksjami na temat subiektywnych odczuć bohaterów nieświadomych swojej przyszłości. Wzruszające były słowa, jakimi jedna z bohaterek książki spuentowała dane jej ulotne chwile radości: „Na dziś jestem zupełnie szczęśliwa”. Niebawem, beztroskie momenty życia jej i wszystkich kresowian skończyły się za sprawą okrutnych najeźdźców zza zachodniej i wschodniej granicy. Los Rzeczypospolitej został przesądzony. Skazano Ją na apokalipsę kolejnej wojny światowej. Dla wszystkich Pięknych Polaków,
Lepszy dzień nie przyszedł już”…



* zdjęcia własne z książki