Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bohater. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bohater. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 marca 2021

Profesor Weigl i karmiciele wszy

Mariusz Urbanek


ISKRY - 2018








Tyfus czy dur plamisty?

 „Wybitny biograf wybitnych Polaków” sięgnął do trudnego tematu walki profesora Weigla z epidemią śmiertelnej choroby zwanej tyfusem. Niezwykłą osobowość uczonego, jego losy i osiągnięcia Mariusz Urbanek opisał w sposób wyczerpujący, obiektywny, gwarantujący przywrócenie pamięci o biologicznym geniuszu. Biografie, stanowiące główną domenę jego twórczości, znane mi z wcześniejszych lektur („Genialni, lwowska szkoła matematyczna”, „Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce”, „Wieniawa. Szwoleżer na pegazie”, „Waldorff. Ostatni baron Peerelu”) pozwoliły mi domniemywać, że książka o twórcy szczepionki przeciw tyfusowi spełni moje czytelnicze wymagania. I tak się stało. Tom ten stanowi istotny przyczynek do dziejów nauki polskiej i wypełnia misję przywracania pamięci o Wielkich Polakach oraz wzbogaca polskie biblioteki o godną polecenia lekturę.

Polak z wyboru

    W publikacji zatytułowanej „Profesor Weigl i karmiciele wszy” pisarz zawarł zarówno biografię biologa, jak i opis funkcjonowania instytutu doświadczalnego, dochodzenia do odkryć naukowych oraz szczegóły produkcji szczepionki przeciw wirusowi duru plamistego. Losy konkretnych osób związanych z placówką umieścił w szerokim kontekście wojny, okupacji, konspiracji, prześladowań, pogromów i eksterminacji. Z drugiej strony ukazał postać Rudolfa Weigla w jej całej złożoności na tle bliskiego otoczenia. A zatem jako człowieka, mężczyznę, męża, ojca, pasjonata, badacza oraz polskiego patriotę (choć nie z więzów krwi, lecz z wyboru). Patriotyzm bohatera określiła jego wnuczka jako „wynikające z kręgosłupa moralnego poczucie lojalności wobec Polski”, a nie jako patriotyzm powstańczy z Polską na ustach. Autor wielokrotnie nawiązywał do wyznawanych przez uczonego wartości etycznych i przestrzeganych zasad moralnych, na jakich opierał się, podejmując trudne decyzje w okrutnych czasach wojennego koszmaru.
 

Dyskursy naukowe i wszy

     Literat obdarzony artystyczną wrażliwością, a jednocześnie rzetelny pisarz-publicysta, przekazał obraz działalności wytwórni szczepionek antytyfusowych z dużym wyczuciem, nie epatując ohydą budzących obrzydzenie szczegółów. Przywoływał natomiast obrazy karmicieli – uczonych prowadzących intelektualne dyskursy czy przypadki, gdy „monotonię pracy węiglowcy urozmaicali żartami”. Pochylił się nie tylko nad okolicznościami towarzyszącymi epokowemu odkryciu, ale i dylematami moralnymi związanymi z dostarczaniem szczepionki żołnierzom wrogiej armii oraz wewnętrznymi sporami kluczowych pracowników Instytutu Weigla dotyczącymi możliwości fałszowania preparatu przeznaczonego dla Niemców. Ten znamienity humanista uświadomił, szczególnie młodym czytelnikom, znaczenie takich pojęć, jak wierność ideałom, etyka zawodowa, nieposzlakowana uczciwość, honor i prawość, co stanowi wartość dodaną przyjemności płynącej z lektury, która wyszła spod pióra autorytetu w dziedzinie literatury historycznej.

Rudolf Weigl w otoczeniu współpracowników (hodowczyń).Unieruchamianie wszy w imadełkach WeiglaProfesor Rudolf Weigl

Trzecia część nocy

      W biografii wybitnego eksperymentatora znalazły się przykłady uhonorowania jego zasług dla społeczeństwa: Order św. Grzegorza, tytuł szambelana papieskiego, Order Leopolda, Krzyże komandorskie oraz medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Nie zabrakło także wyrazów zainteresowania prowadzoną działalnością i życiowym dorobkiem biologa ze Lwowa, a wśród nich wspomnienia autorstwa jego współpracowników i syna Wiktora oraz książki, artykuły i referaty. Oddzielną formę upamiętnienia profesora tworzą filmy, których wykaz znajduje się w Bibliografii tomu. Najbardziej znaczącym z nich wydaje się być film Andrzeja i Mirosława Żuławskich pt. „Trzecia część nocy”, określany jako dramat wojenny, którego scenariusz powstał na podstawie przeżyć Mirosława – karmiciela wszy u prof. Weigla.
 

Ojczyznę wybiera się jeden raz

     Aby pozostać w zgodzie z historyczną prawdą, Mariusz Urbanek poruszył złożone zagadnienie hitlerowskiej propozycji złożonej badaczowi - podpisania tzw. Reichlisty (Volkslista I). Przyjęcie odrzuconej przez wynalazcę szczepionki oferty, nadającej obywatelstwo Rzeszy i gwarantującej przywileje przysługujące Niemcom, tożsame była ze zdradą Polski. Rudolf Weigl – Polak z wyboru – odpowiedział na to dictum, że „Ojczyznę wybiera się jeden raz”. Odmowa ta wywołała fatalne konsekwencje. Uczonemu nie przyznano zasłużonej Nagrody Nobla, pomimo kilkudziesięciu nominacji, gdyż nie chciał być Niemcem (choć w jego żyłach płynęła niemiecka krew). Natomiast po zakończeniu II wojny światowej, nieprzychylni mu koledzy po fachu, oskarżali go o kolaborację z Niemcami.
 

Anegdoty, pasje, wywiady

     Wybitny erudyta o głębokiej wiedzy, ważki tekst, obejmujący wydarzenia biograficzne istotne dla dziejów ludzkości, okrasił anegdotami i detalami ilustrującymi prywatne życie profesora, jego najbliższych i współpracowników. Ujawnił liczne ciekawe pasje tego człowieka nauki, jak np. łucznictwo, majsterkowanie, astronomia, góry, polowania itd. Wartościowe wydawnictwo uświetniły wywiady z wnuczką bohatera, z zawodu psychologiem, oraz z karmicielem i hodowcą wszy w Instytucie Weigla (późniejszego profesora biotechnologii). Zamieszczone w publikacji zdjęcia znakomicie korespondują z prezentowanymi treściami pozwalając czytelnikom, na szczęście tylko w wyobraźni, znaleźć się wśród weiglowców.
Mariusz Urbanek opowiedział o skomplikowanych sytuacjach i złożonych faktach przystępnym językiem, a styl jego wypowiedzi jest precyzyjny i obrazowy w wyrażaniu myśli. Prowadzona przez niego narracja historyczna zawiera elementy „procedury fabularyzacyjnej”, dzięki czemu tekst biografii uczonego stał się opowieścią, gawędą, a nie jedynie sposobem prezentowania informacji.

Karmienie wszyTrzy probówki wylęgowe ze szkła z gazą i jajeczkami.Fiolki ze szczepionką

Bo wojna kiedyś się skończy

    Moją uwagę przyciągnęły rozważania na temat rekrutacji osób do pracy w charakterze żywicieli wszy, strzykaczy i preparatorów, które to zatrudnienie zapewniało Polakom bezwarunkową nietykalność. „Z myślą o ratowaniu najbardziej wartościowej tkanki narodu” karmicielami byli żołnierze Armii Krajowej, działacze polskiego podziemia, ale także zdolni, obiecujący młodzi ludzie – studenci i absolwenci uczelni, pomyślnie rokujący szansę na pożyteczne dokonania w powojennej ojczyźnie. Zostawali nimi także zasłużeni przedstawiciele polskiej inteligencjiktórzy mieli przeżyć wojnę, żeby po jej zakończeniu pracować dla Polski”. Spośród kilku tysięcy karmicieli wszy, w publikacji zamieszczono krótkie biogramy kilkudziesięciu osób, które dostały od Rudolfa Weigla jedyną sposobność przetrwania okupacyjnej apokalipsy. „Bo wojna kiedyś się skończy” …    
 
     Nie sposób przecenić roli polskiej inteligencji, tutaj uosobionej w postaci szanowanego wirusologa ze Lwowa, w staniu na straży polskiej tożsamości narodowej. Posiadana przez nią umiejętność perspektywicznego planowania w kontekście przyszłych potrzeb ojczyzny utwierdziła mnie w przekonaniu, że jako elita intelektualna, kulturalna i społeczna skupiała się zawsze wokół obowiązków narodowych. Czując odpowiedzialność za polskie społeczeństwo walczyła o ocalenie i rozwój kultury narodowej oraz była nośnikiem wzorców moralnych i kulturowych. Była i jest, czego dowiódł swym opracowaniem życiorysu Rudolfa Weigla, wielce utalentowany biograf – Mariusz Urbanek.






* zdjęcia   https://www.lwow.com.pl/rudolf-weigl.html

niedziela, 31 stycznia 2021

Biała Dama w gorsecie mitów i legend

Egzemplarz numerowany 58A. Falk, M. Potocka, M. Potocki


Legion 2020








Rzecz o Teofili z Działyńskich

      Ubiegłego lata, w Muzeum Ziemi Średzkiej we Dworze w Koszutach, obok ekspozycji prezentującej ziemiańską siedzibę w Wielkopolsce podziwiałam wystawę prac rzeźby w tkaninie autorstwa Marii Romany Gierczyńskiej, zatytułowaną „Tradycja. Myśli ważne na ziemi, myśli ważne w niebie…”. Splot rozmaitych okoliczności sprawił, że weszłam w posiadanie pewnej unikalnej publikacji z limitowanej serii stu numerowanych egzemplarzy, wydanej w bieżącym roku przez Stowarzyszenie Teatralne Legion z Kórnika. Statutowym celem owej instytucji wyznaczono „Popularyzację historii i teraźniejszości miasta Kórnik oraz promocji Zamku i jego rodów”, stąd opracowanie nazwane „BIAŁA DAMA w gorsecie mitów i legend”. Pracę opatrzoną podtytułem „Rzecz o Teofili z Działyńskich Szołdrskiej-Potulickiej”, udostępniono drukiem w ramach projektu „Upamiętnienie rodu Działyńskich…”. W „Słowie od wydawcy” biograficznego szkicu dostarczono informacji o działalności placówki kulturalnej: spektaklach sceny faktu, koncertach, spotkaniach poświęconych kórnickim postaciom i licznych publikacjach.
      Niniejsze studium powstało dzięki współpracy autorów tekstu i fotografii: Anecie Falk, Małgorzacie Potockiej, Mikołajowi Potockiemu, redakcji Anny Łazuki-Witek oraz twórcy opracowania graficznego Ryszarda Gaffling-Gierczyńskiego. I właśnie graficzna warstwa książki jest jej niezaprzeczalnym atutem, tym bardziej, że gros ilustracji i dokumentów opublikowano tutaj po raz pierwszy. Moja uwaga skupiła się na dwu rycinach: fragmencie z „Kuryera Polskiego” donoszącym o rozwodzie Teofili i Aleksandra Potulickiego (rok 1754) oraz okładce „Kazania Żałobnego napisanego na pogrzeb… Teofili z Działyńskich” przez Ignacego Giecy (rok 1790).

„Kazanie Żałobne napisane na pogrzeb… Teofili z Działyńskich”
"Kuryer Polski” donoszący o rozwodzie Teofili i Aleksandra Potulickiego (rok 1754)Odwrocie obrazu Teofili z Działyńskich fot. http://blogi.platforma.bk.pan.pl/   


Postępowa białogłowa

      Biografia Teofili z Działyńskich, przedstawiona na kartach książki, zawiera opis wydarzeń i szczegółów jej życia oglądanych z różnych perspektyw. Owa „Kobieta z krwi i kości” była dwukrotnie mężatką (Stefan Szołdrski, Aleksander Potulicki), wdową, rozwódką, matką czwórki dzieci (z których dorosłości dożył tylko Feliks Szołdrski). Właścicielka olbrzymiego majątku w Wielkopolsce (klucza kórnickiego i runowskiego), w tym zamku w Kórniku, sprawnie zarządzała swoimi dobrami, a o jej dokonaniach w miastach, wsiach, folwarkach autorzy obszernie rozpisali się w odrębnym rozdziale. Nowoczesne rozwiązania urbanistyczne, gospodarcze, społeczne mogą zaskakiwać czytelników zważywszy na fakt, iż miały miejsce w XVIII wieku, a ich inicjatorem była białogłowa. Teofila ufundowała miejskie ratusze, bożnicę i zbór, usilnie popierała osadnictwo olęderskie, a pańszczyznę zastąpiła czynszami. Działalność arystokratki otwartej na ludzi innych narodowości czy wyznań pozostawiła ślady także w kórnickim zamku i jego otoczeniu – wszak przebudowała warowny zamek w wielkopańską rezydencję z okazałymi oficynami i przepięknymi ogrodami.

Portret Teofili z Działyńskich Szołdrskiej-Potulickiej "Kórnicka Biała Dama" w zamkowej wieży - Maria Romana Gierczyńska Biała Dama w jadalni kórnickiego zamku



czwartek, 19 listopada 2020

Andrzej Grzybowski. Polski historyzm współczesny


 Maciej Loba

Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu - 2008







Polski historyzm współczesny

      Polski historyzm współczesny przejawił się w wybitnej postaci Andrzeja Grzybowskiego, który obdarowany licznymi talentami, nie zakopał ich, lecz harmonijnie rozwijał. Spełniał się jako aktor, znawca koni i jeździec, rysownik i kaligraf, projektant wnętrz, a nade wszystko architekt. Spektrum przedsięwzięć i zadań, których z powodzeniem podejmował się, wywołuje mój niekłamany podziw i budzi należny mu szacunek. Pod wpływem fascynacji dzisiejszym człowiekiem renesansu Maciej Loba popełnił jego monografię w albumowym wydaniu. Opatrzono ją pokaźną ilością materiałów graficznych – archiwalnych i współczesnych fotografii i perfekcyjnych szkiców ilustratora. Dużą przyjemność czerpią czytelnicy z oglądania rysunków artysty, zaprawionych akwarelą, ujmujących dekoracyjne detale wykończenia, jak i całość budowli widzianą z różnych stron świata. Już tylko te kompozycje mogłyby stanowić podstawę do uznania artyzmu Andrzeja Grzybowskiego. Wizualizacje koncepcji architekta urzekają pięknem, precyzyjną kreską oraz wykaligrafowanymi opisami, nierzadko przyprawionymi szczyptą humoru, jak chociażby tekst „po prostu nie zmieściły się na rysunku” albo „projekt przed-przed-wstępny”.

Witruwiańska triada i doktryna nieinterwencjonizmu

     Osiągnięcia i warsztat bohatera publikacji to nie jedyna warstwa opracowania historyka sztuki. W drugiej, bardziej ogólnej, autor podał wykładnię zjawiska historyzmu przejawiającego się w postaci tzw. neostylów (neoromanizm, neogotyk, neorenesans, neobarok) oraz stylu eklektycznego. Celem tego wyjaśnienia było osadzenia naszego twórcy w dziejach historyzmu w Polsce i na świecie. Maciej Loba przeanalizował społeczno-polityczne uwarunkowania popytu na budowle stylem odwołujące się do tradycji. Dla nowej architektury „rezydencjonalnej” istotną rolę odgrywa wygląd, który „ma wyrażać stabilizację, manifestować nieodwracalność zaszłych zmian, sugerować trwałość” klasy milenijnych Wokulskich.
Bardzo interesująca część książki poświęcona została specyfice dziejów polskiej architektury w okresie powojennym, gdy skala zniszczeń wszelkich budowli (w tym zabytkowych) burzyła dotychczasowy porządek (architektoniczny sic!). Potrzeba rychłej odbudowy kraju, także zabytków, wywołała dyskusję o konieczności częściowej rezygnacji z założeń konserwatorskiej doktryny nieinterwencjonizmu. W praktyce oznaczało to sprzyjanie nadużywaniu metody rekonstrukcji nad restauracją obiektów historycznych. W kończącym album podsumowaniu autor ustosunkował się do kondycji i perspektyw tradycyjnej architektury w XXI wieku. Zwrócił uwagę na konieczność nienaruszania zasad ponadczasowej witruwiańskiej triady (trwałości, użyteczności i piękna), lecz dostosowywania ich do aktualnych warunków.
     W związku z powyższym bliżej zainteresowałam się tzw. Kartą Wenecką ustalającą zasady ochrony i opieki nad zabytkami architektury. Dzięki omawianej lekturze potrafię dostrzec różnice między konserwacją, restauracją a rekonstrukcją zabytku, który winien posiadać wartości historyczne, artystyczne i naukowe.
     Docenić należy ogrom pracy, jaką wykonał Maciej Loba przygotowując monografię nietuzinkowego artysty powołującego do życia wytwory swej wyobraźni i talentów. O rzetelności i rozmiarach przeprowadzonej kwerendy źródłowej świadczą przypisy zawierające nie tylko uzupełniające wyjaśnienia, ale także obszerne przytoczenia z bogatych i interesujących materiałów źródłowych. Natomiast sporządzona bibliografia obejmuje, poza wydawnictwami zwartymi i ciągłymi, wykaz katalogów i źródeł z prywatnych archiwów oraz listę stron internetowych.

Willa w Bielawie Willa w Bielawie Dwór w Karniowicach

niedziela, 15 listopada 2020

Migawki wspomnień



Mieczysław Pruszyński


Wydawnictwo Rosner i Wspólnicy – 2002

 

 

 

 Ostatnia książka, jak ostatnia walka

     Wielce urozmaicona książka Mieczysława Pruszyńskiego, którą nazwał „Migawki wspomnień”, jest owocem równie, a może jeszcze bardziej, urozmaiconych dziewięćdziesięciu pięciu lat jego życia. Mieczysław Ursyn-Pruszyński z Pruszyna h. Rawicz urodzony w Wolicy Kierekieszyna (obecnie terytorium Ukrainy) przeżył dwie wojny światowe, kilka rewolucji, okupacji i wyzwoleń ojczyzny. Jego życiorys obfitował w spektakularne wydarzenia, nieoczekiwane zmiany miejsc, niecodzienne spotkania, nie dziwi więc forma wspomnień – na czternaście części książki złożyło się niemal dwieście rozdziałów. Każdy z nich poświęcony został konkretnemu zagadnieniu, opisanemu w niezwykle rzeczowej i wyrazistej formie. Oszczędny w słowach styl pisarski wspomnień przywodzi na myśl język wojskowych raportów czy wojennych meldunków, zupełnie pozbawiony sentymentalnych wypowiedzi i wyszukanych sformułowań. Prosty, klarowny sposób wysławiania się ułatwia lekturęMigawek”, w przeciwieństwie do znacznej ilości nazwisk, miejsc, faktów, jakie dociekliwy czytelnik stara się przyswoić, aby móc swobodnie poruszać się w świecie doświadczeń Mieczysława Pruszyńskiego. Doświadczeniami tymi można by obdarzyć życiorysy kilku osób lub napisać scenariusz serialu dla wymagającego kina akcji. 

Pod znakiem wojny i rewolucji

     Pisarz w chronologicznym porządku odtworzył etapy swej podróży przez życie. Poczynając od wojennej ucieczki ze stron rodzinnych, przez edukację w Zakładzie ojców Jezuitów w Chyrowie, w Korpusie Kadetów we Lwowie do studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie na wydziale prawa i ekonomii (tamże doktoryzował się w 1939 roku). Następnie odbył służbę wojskową i pracował w centralnych instytucjach przemysłowych i handlowych. Okres II wojny światowej dla Mieczysława Pruszyńskiego nie skończył się na udziale w kampanii wrześniowej. Walczył m.in. w ramach Brygady Podhalańskiej na wielu frontach europejski i afrykańskich. Przystąpił do lotniczych szkoleń w Kanadzie i Anglii, by dołączyć do bojowego Dywizjonu 305. Powojenne losy to dla autora praca w państwowych przedsiębiorstwach, centralach, Ministerstwie Handlu Zagranicznego oraz pomnażanie swego majątku. Ostatnie ćwierćwiecze Mieczysław Pruszyński poświęcił promocji polskiej kultury, obejmując mecenatem młodych, zdolnych twórców i tworząc fundacje, finansując stypendia i udzielając dotacji na nagrody. Jednocześnie prowadził szeroko rozumianą działalność publicystyczną i pisarską

niedziela, 1 listopada 2020

Mistrzowie kabaretu. Marian Hemar i Fryderyk Jarosy

 

Anna Mieszkowska 

Wydawnictwo Zwierciadło – 2016


 

 

 

 Polacy ochotniczy amatorzy 

     Anna Mieszkowska podjęła próbę połączenia dwóch światów: lwowskiego Żyda – Jana Mariana Hescheles, znanego jako Marian Hemar oraz pół Węgra, pół Austriaka - Fryderyka Franciszka Jarosy’ego, którzy spotkali się w Warszawie w połowie lat dwudziestych XX wieku. Życiorysy obydwu Mistrzów Kabaretu obfitowały w spektakularne wydarzenia, miejsca o historycznym znaczeniu, relacje z nietuzinkowymi osobami (szczególnie kobietami). Obok tych artystów przetoczyły się zbrojne rewolucje, wojny światowe, krwawe okupacje; zmieniały się granice państw, ojczyzn z wyboru i ojczyzn z konieczności. Osobliwością, jaką dostrzegła pisarka było to, że obaj czujący się Polakami twórcy urodzili się poza obecnymi granicami Polski i umarli również poza jej granicami, nie przestając uznawać się za Polaków.

Polska wciąż jest blisko

     Obaj ci „Polacy ochotniczy, Z zaciągu, nie z poboru” pochodzili „z pokolenia, które wyrosło na literaturze”. Ich patriotyzm wyrażał się również w szacunku dla polszczyzny, jaką przez całe życie pasjonowali się, a która brzmi nawet w najprostszych frazach „Serce się kraje, gdy się kraj ma w sercu”, czy w pięknych wierszach z nie pozostawiającą żadnych wątpliwości deklaracją „Moją ojczyzną jest polska mowa, słowa wierszem wiązane”. Ich powojenną ojczyzną stała się emigracja, a każdy z Mistrzów Kabaretu mógł powiedzieć o sobie 

Nie idę z biegiem mody,
na żadne jakieś ugody 
Z żadnymi  r e ż y m i e s z k a m i
”.

Fryderyk Jarosy dodałby jeszcze 

I jestem Jarosy. Ten sam, co byłem. 
To świat się zmienił, ale ja się nie zmieniłem
”, 

a Marian Hemar stwierdziłby nostalgicznie „Dom jest daleko. Polska wciąż jest blisko”. 

 

Marian HemarFryderyk JarosyFryderyk Jarosy i Marian Hemar

niedziela, 25 października 2020

Cień ojca na tle tężni

 Małgorzata Iwanowska – Ludwińska


 
Wydawnictwo Adam Marszałek – 2006

Od Korpusu Ochrony Pogranicza do szarej "Pobiedy"

     Doskonale sformułowany tytuł wspomnień Małgorzaty Iwanowskiej – Ludwińskiej „Cień ojca na tle tężni” w pełni oddaje zawartość książki. Przeplatają się w niej trzy historie: ojca autorki Wacława Iwanowskiego, ciechocińskiego kurortu oraz odradzającej się Polski. Nie są to jednak dzieje spisywane przez badacza-historyka. Pisarka powybierała z czasów przepełnionych wydarzeniami tylko te, które pozwalały wiernie oddać atmosferę solnego uzdrowiska oraz wpływający na nie kontekst historyczny. W tak nakreślonych realiach osadziła losy swojego ojca, pochodzącego ze Żmudzi, wielce zasłużonego lekarza. W jego życiorysie znalazły się chlubne karty historii: służba w Korpusie Ochrony Pogranicza, funkcja lekarza zdrojowego w litewskich Druskiennikach (w tym opieka nad Marszałkiem Józefem Piłsudskim), stanowisko lekarza naczelnego w Ciechocinku, walki w Powstaniu Warszawskim w ramach Armii Krajowej, obóz pracy przymusowej w Niemczech. Po zakończeniu II wojny światowej doktor ponownie objął posadę głównego lekarza w Ciechocinku, a następnie dyrektora Sanatorium Kolejowego. Powojenne ćwierćwiecze działalności dr Wacława Iwanowskiego obfitowało w pożyteczne inicjatywy w zakresie nowoczesnego lecznictwa zarówno w Ciechocinku, jak i w Warszawie. Jednocześnie, tego wiernego słuchacza audycji Radia Wolna Europa, komunistyczne władze poddawały represjom. Wszak kilkakrotnie odmówił wstąpienia do PZPR, a Rząd Rzeczypospolitej Polskiej na Uchodźstwie uhonorował go Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Ciechocinek był wtedy malutki

     Małgorzata Iwanowska – Ludwińska, jak na artystę – plastyka przystało, książkę o ojcu pisała obrazami, wspaniale oddając atmosferę dawnego Ciechocinka z „najstarszym reprezentacyjnym budynkiem w kurorcie” – Starym Dworkiem. Sięgnęła pamięcią do basenu tężniowego z towarzyszącą budowlą w kształcie okrętu, do pijalni wód mineralnych z kranami z podgrzewaną mineralką, do holu dworca kolejowego, gdzie aż do kopuły sięgała palma z Parku Zdrojowego. Ale Tężniopolis (jakby powiedział jego piewca - Janusz Żernicki) to nie tylko atrakcyjne obiekty. Dawny Ciechocinek znakomicie prosperował i cieszył się dużym powodzeniem dzięki całej plejadzie postaci oddanych swej Małej Ojczyźnie, a reprezentujących wysoki poziom intelektualny, moralny i kulturalny (dlatego często pojawia się w charakterystykach osób bliskie mi słowo – biblioteka). Wśród nich znalazło się wyjątkowe grono ciechocińskich lekarzy, artystów, inżynierów, farmaceutów, malarzy. Galerię postaci, gdy „Ciechocinek był wtedy malutki” artystka przedstawiła z wielką wrażliwością i wielkodusznością. Listę osobowości i oryginałów otwiera „ostrzynóż”, a za nim następują dorożkarze, katechetka, kościelny, ogrodnicy. W kilkumiesięcznym sezonie letnim do Ciechociniaków dołączali bywalcy uzdrowiska – kuracjusze.  
 
Dr Wacław Iwanowski w randze pułkownika kolei Rodzina Iwanowskich na schodach Starego Dworku











wtorek, 15 września 2020

Taniec na wulkanie

Daisy Hochberg von Pless Daisy Hochberg von Pless 


 ARCANA 2005








Czego Daisy nie przemilczała

     „Taniec na wulkanie” to pierwszy tom wspomnień autorstwa Daisy Hochberg von Pless, opublikowanych w 1928 roku. Drugi pt. „Lepiej przemilczeć” ukazał się w 1931 r., a ostatni zatytułowany „Co przemilczałam” w roku 1936. Trylogia ta w dużej mierze opierała się na prowadzonych przez księżnę prywatnych pamiętnikach oraz jej licznej korespondencji z członkami szeroko rozumianej rodziny i wielkimi tego świata. Dzieje angielskiej arystokratki wydanej za mąż za potomka trzeciego rodu Niemiec, jakie wyłoniły się z kart książki, nie były jednak historią jak z bajki. Młoda angielska narzeczona napisała później „nie zdawałam sobie wówczas z tego sprawy, że zostałam po prostu kupiona”. Pani na zamkach w Książu i Pszczynie posiadała wszystko i mogła wszystko. No, prawie wszystko… Jej małżeństwo z Janem Henrykiem XV Hochbergiem von Pless nie było szczęśliwe, ale przetrwało trzydzieści lat i dało rodzinie trzech wspaniałych synów - Hansela, Lexela i Bolka - (córka zmarła w niemowlęctwie). Niestety, zakończyło się rozwodem.

"Dałam rannym szampana"

     Jedna z najpiękniejszych dam ówczesnej Europy była kobietą wyjątkową i takież samo było jej życie. Pisane przez Daisy von Pless pamiętniki stanowią nieoceniony materiał źródłowy dla historyków. Zawierają one obraz życia kobiety poślubionej pruskiemu księciu, relacje z rodzinnych wydarzeń, licznych podróży po Europie i świecie, a także zakulisowych intryg, rozmów, działań. Co więcej, przedstawiono w nich sytuację polityczną w Europie w przededniu wybuchu Wielkiej Wojny i w jej trakcie. Jakże trafnie w lipcu 1914 roku Daisy von Pless przestrzegała „wszyscy tańczycie na wulkanie” (stąd tytuł omawianego polskiego wydania). Kompleksowe ujęcie tematyki epoki fin de siècle przez światłą i inteligentną osobę, a nade wszystko świadka i uczestnika życia społecznego i politycznego na szczytach Europy wydają się być głównym walorem publikacji. Miejscami wspomnienia księżnej wydają się zbyt infantylne, gdy przewiduje, iż „każdy, kto przeczyta książkę, polubi mnie”. W zwrotach typu „Ponownie ostrzegam cesarza” czy „Zwróć Alzację i Lotaryngię Francuzom, Wasza Wysokość” pojawiały się natomiast zwiastuny dowodzące przesadnego mniemania księżnej w kwestii własnej sprawczości. Szczerość autorki pozwoliła nam, czytelnikom, ujrzeć pojawiające się niekiedy jej oderwanie od rzeczywistości, nawet tej wojennej, w której w pewnym sensie uczestniczyła. Podczas wizyty w szpitalu dla wojskowych „Dałam rannym szampana… i zaproponowałam wino dwa razy w tygodniu”. No, cóż, jej mąż Jan Henryk XV Hochberg ciągle jej powtarzał, aby zachowywała się po książęcemu

Rodzina Hochberg von Pless
Daisy von Pless ze słynnym sznurem pereł 















środa, 12 sierpnia 2020

Zdzisław Tarnowski. Opowieść o panu na Dzikowie

Dedykacja Autorki

Magdalena Jastrzębska

LTW 2020



 

Biograficzny portret hrabiego

     Trzy lata temu spotkała mnie ogromna przyjemność poznania autorki biografii Pana na Dzikowie, którego nazwisko pojawiło się we wcześniejszej pracy Magdaleny Jastrzębskiej zatytułowanej Portret Klementyny. Uczestniczyłam w spotkaniu autorskim w Pałacu w Małej Wsi zorganizowanym z okazji premiery tej właśnie publikacji.
     Biograficzny portret Zdzisława hrabiego Tarnowskiego pisarka zaprezentowała używając filtrów życiowych ról, jakie pełnił bohater w swym niezwykle aktywnym życiu, np. polityk, gospodarz, mąż, ojciec, myśliwy. Pozostałe rozdziały ukazały Pana na Dzikowie w szerszym kontekście – rodziny, znajomych, mieszkańców zamku i jego pracowników. Obydwie warstwy biografii doskonale dopełniły się tworząc kompletny portret osoby wybitnej, aczkolwiek niepozbawionej ludzkich przywar. Apodyktyczny, dbający o stroje i wygląd, lubiący pozować malarzom i fotografom, rygorystycznie wychowujący dzieci, korzystający z wielkopańskich przywilejów, ale równocześnie filantrop fundujący placówki pożytku publicznego, gentleman w każdym calu, strażnik dzikowskiej kolekcji sztuki i biblioteki, patriota, który własnym sumptem wystawił pluton konnych w wojnie z bolszewikami 1920 roku.
Autorka ukazała wielowymiarowość postaci Zdzisława Tarnowskiego herbu Leliwa, który po swych przodkach odziedziczył nie tylko ogromne posiadłości i tytuł arystokratyczny, ale przede wszystkim ducha Sarmaty, pana z panów, gdyż „Broń i koń jako emblematy szlacheckiego klejnotu towarzyszyły mu od młodych lat”.

Rytuał, ceremonia, tradycja

     Książka Magdaleny Jastrzębskiej posiada istotną mocną stronę w postaci szczegółowo opisanych realiów życia aktywnego ziemianina z jednej strony oraz życia w majątku ziemskim z drugiej. „Życie na zamku w Dzikowie” ukazane zostało w wersji codziennej i świątecznej. Moja uwaga skupiła się na dokładnych opisach funkcji pełnionych przez pracowników majątku, np. fornali, ekonomów, kucharzy pokojowych koniuszych, masztalerzy, stangretów i ich pracy na rzecz majątku ziemskiego. Świętowano u Tarnowskich i hucznie, i skromnie, a o randze dzikowskiego zamku i jego właściciela świadczą jego znamienici goście: Marszałek Józef Piłsudski, Marszałek Ferdinand Foch, prezydent Ignacy Mościcki, prezydent Stanisław Wojciechowski, premier Walery Sławek.
     Wielce interesujące strony poświęcono jednej z wielu pasji arystokratów, tj. myślistwu, wszak „polowanie stawało się… rytuałem, który poprzez tradycję łączył go z rycerskimi przodkami”. W rozdziale o łowach rozważano różnorodne aspekty tego zjawiska, takie jak proszone polowania, harmonogram łowów, etyka łowiecka, myśliwski ceremoniał, wystawy łowieckie, polowania z naganką czy mordercze polowania per force.
Z bliższych kobiecej części ziemiaństwa zagadnień literatka wybrała karnawały, gdzie kojarzono młodych w pary oraz wyjątkowe śluby i wesela (także kontuszowe). „Trzy krakowskie śluby” wnuczek Katarzyny z Branickich Potockiej to „klasyka gatunku”. Opisy uroczystości tego formatu umieszczano w księgach szlacheckich rodu, np. Domowej Kronice Rodzinnej Tarnowskich.

Przed zamkiem w Dzikowie

Zamek w Dzikowie 1930

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 30 lipca 2020

Był dom...

Dom w Górkach Wielkich  Anna Szatkowska


Wydawnictwo Literackie 2006








Literatura dokumentu osobistego

     Ród Kossaków na dobre zagościł na moim blogu CzytamPoPolsku.pl tytułami „Kossakowie – biały mazur”, „Rok polski”, „Simona”, „Kossak nieznany”, „Był dom”. Książki te pozwoliły mi spoglądać na tę zacną rodzinę przez pryzmat jej nieprzeciętnych familiantów, którzy pozostawili nam wszystkim spuściznę materialną w formie dzieł kultury oraz duchową, niewymierną pod postacią niepoślednich dokonań i prześwietnych, niezwykłych życiorysów. Biografie bohaterek wspomnień „Był dom” są tego najlepszym dowodem. Spadkobierczynie malarskich talentów przodków zapisały się w dziejach naszego narodu niezłomnymi charakterami, które w chwili próby dotknęły „ideału życia całkowicie oddanego Słusznej Sprawie”. Dobrze się stało, że Anna Szatkowska postanowiła zadośćuczynić potrzebie poznania przeszłości rodziny, wskazywanej przez jej wnuków. Bowiem przedstawienie autorki, jedynie jako prawnuczki Juliusza, stryjecznej wnuczki Wojciecha, córki Zofii stanowiłoby niekompletną i spłyconą prezentację osoby, zubożoną o jej własne zasługi.
Po książkę wnuczki Kossaków sięgnęłam pragnąc dowiedzieć się interesujących rzeczy o dworze w Górkach Wielkich i życiu jego mieszkańców, gości i sąsiadów; o spędzaniu czasu na co dzień i od święta, o wychowaniu i kształceniu dzieci, o kultywowaniu tradycji i pielęgnowaniu polskości. Wszystko to znalazłam na kartach wspomnień, ale otrzymałam znacznie więcej niż się spodziewałam.
     Proza Anny Szatkowskiej stanowi utwór o cechach literatury dokumentu osobistego, za którego pośrednictwem czytelnik poznaje historię Polski w XX wieku poprzez losy rodziny autorki. Znane nam wszystkim fakty historyczne przeplatają się z niełatwymi, często tragicznymi wydarzeniami, jakie stały się udziałem najbliższych pisarki, jej przyjaciół i znajomych. Z kronikarskiego obowiązku pojawiające się w publikacji osoby autorka opatrywała komentarzami na temat ich wojennych czy powojennych dramatycznych i budzących grozę doświadczeń.

Witold i Anna SzatkowscyAnna i Tadeusz Kossakowie w salonie w domu w Górkach WielkichZygmunt Szatkowski i Zofia Kossak


 

Z Górek Wielkich do Powstania Warszawskiego

     Wspomnienia córki znanej pisarki były bogate w wydarzenia i niespodziewane zwroty akcji. Relacja z wojennej tułaczki Zofii Kossak i jej córki zawiera dokładne opisy trasy ucieczki z rodzinnego gniazda, na wschód, przed hitlerowskim najeźdźcą, a następnie na zachód przed bolszewickimi barbarzyńcami. Trzecia część lektury zawiera kronikę Powstania Warszawskiego spisaną przez Annę i Ewę – sanitariuszki kompanii „Harcerskiej” batalionu Armii KrajowejGustaw”. Popowstańcze losy córki i jej matki ta pierwsza opowiedziała w rozdziale o znamiennym tytule „Wygnanie”. Powojenna poniewierka zawiodła bohaterki do Szwajcarii i Wielkiej Brytanii rozdzielając wspólne losy matki i córki.
     Wieś Górki Wielkie spięła klamrą wspomnienia Anny Szatkowskiej będąc miejscem jej urodzenia i miejscem wiecznego spoczynku jej matki – Zofii Kossak. Swój dom rodzinny Anna odtworzyła precyzyjnie i lakonicznie, odnotowując jego „ciepłą, bezpośrednią atmosferę” oraz zauważając, iż był „urządzony z nobliwą prostotą”. W domu tym, wybitna pisarka i działaczka społeczna Zofia Kossak 1°v Szczucka 2° v Szatkowska wraz z mężem Zygmuntem Szatkowskim, oficerem Wojska Polskiego, dbali o kręgosłup moralny dzieci, o wartości i zasady, którymi miały już „za młodu” nasiąkać.
     Wykształcenie i wychowanie młodej panienki stało się zadaniem dla sióstr „niepokalanek” prowadzących pensję dla dziewcząt w dawnej rezydencji Lubomirskich w Szymanowie. W trudnym okresie okupacji „tajne nauczanie” umożliwiało nabywanie wiedzy i umiejętności pomimo zakazów niemieckich władz. Wspólne czytanie lektur (także Zofii Kossak) i spektakle teatralne wspierały patriotyczne kształtowanie charakterów młodych Polek.


Kompania Harcerska batalionu „Gustaw”  Armii KrajowejKrótkie chwile odpoczynku przy muzyce - "Dni Powstania"










wtorek, 23 czerwca 2020

Kossak nieznany

Płaskorzeźba z podobizną Karola Kossaka Teresa Kossak


Państwowy Instytut Wydawniczy – 2013








Z Kossaków i Mikolaschów

     Juliusz Kossak, genialny malarz, miał trzech synów – Wojciecha, Tadeusza, Stefana. Synem Wojciecha (równie genialnego malarza) był Jerzy (mniej genialny malarz), natomiast synem Stefana był Karol (także malarz) – zapomniany i niedoceniany czwarty Kossak. Dobrze się stało, że córka Karola, Teresa, postanowiła ocalić od zapomnienia postać artysty spisując „koleje losu i meandry wędrówek Ojca”, korzystając z własnych i cudzych „wspomnień, anegdot i listów”. Dzięki kolejnej utalentowanej osobie z klanu Kossaków, nie będzie Karol „Kossak nieznany” dla wielu czytelników. Niewielka książka biograficzna, pięknie wydana (kredowy papier, kolorowe ilustracje) w 2013 roku przez Państwowy Instytut Wydawniczy (już nie w likwidacji) zawiera olbrzymie bogactwo materiału informacyjnego o ludziach i miejscach związanych z jej bohaterem. W Indeksie osób znalazły się nie tylko nazwiska pojawiające się na kartach tomu, lecz i te istotne dla Karola Kossaka i jego rodziny. Indeks nazw geograficznych podaje krótkie informacje o mniej znanych miejscowościach szczególnie ważnych w biografii artysty.
     Z równie znamienitej rodziny, bogatej w wybitne postaci, pochodziła matka Karola – Ewa Mikolasch. Jej dziad – Piotr Mikolasch – użyczył nazwiska słynnemu pasażowi handlowemu starego Lwowa, zwanego Pasażem Mikolascha. Syn Piotra – Karol (ojciec Ewy) był znanym polskim farmaceutą, a jego syn – Henryk – wybitnym polskim fotografem. Swego czasu Henryk (brat Ewy) pobierał lekcje malarstwa u Juliusza Kossaka (teścia Ewy). I tak to wszystko zostało w rodzinie.

Koligacje, fotografie, reprodukcje

     Nie do przecenienia jest graficzna strona książki. Na wyklejkach umieszczono drzewa genealogiczne rodu Kossaków w różnych wersjach, pozwalające rozeznać się czytelnikom w zawiłościach koligacji (potęgowanych przez nadawanie potomkom tych samych imion – Juliusz, Tadeusz, Stefan, Zofia). Niemal trzydzieści archiwalnych fotografii stanowi znakomity materiał ilustrujący tekst wspomnień córki malarza. Zdjęcia ukazują Karola Kossaka na kolejnych etapach życia i kolejnych miejscach jego wędrówki ze Lwowa do Ciechocinka. Wisienką na córczynym torcie publikacji okazały się reprodukcje kilkudziesięciu rysunków, akwarel, szkiców w logiczny sposób wplecione w akapity opowieści. Widzimy na nich konie, studia postaci i zwierząt, scenki rodzajowe i fantastyczne; wszak Karol Kossak „lubił ludzi, przyrodę… od pejzażu do motyla”. Poza tym autorka przybliżyła czytelnikom charakterystykę malarstwa ojca – zakres tematyczny i techniki malarskie. Nie bez kozery niejednokrotnie stawała w roli eksperta potwierdzającego lub kwestionującego autentyczność obrazów twórcy.

Dyliżans Wesele krakowskie Fot artissima.plWystawa plenerowaWystawa plenerowa


poniedziałek, 15 czerwca 2020

Szczenięce lata

Kałużyce - na tym miejscu stał dwór, gdzie urodził się Melchior Wańkowicz Fot. radzima.orgMelchior Wańkowicz



Wydawnictwo Literackie 1987








 Dom ten, księga żywa pokoleń

     „Gdy przyszłość się otwarła, wyzwoliła się przeszłość”, a to pozwoliło Melchiorowi Wańkowiczowi napisać książkę, którą sam nazwał punktem zwrotnym swego życia i zatytułował: „Szczenięce lata”. Wielowymiarowy rozrachunek z minionymi czasami dotyczył jednak nie tylko biografii autora, ale sięgał do znacznie szerszego spectrum zagadnień: polskich dworów, utraconego szlachectwa, zasad starego świata, pojęcia pańskości. Aby w pełni spożytkować potencjał tkwiący w książce należałoby lekturę „Szczenięcych lat” odbyć dwukrotnie – raz zanurzając się w młodzieńcze przeżycia i rozważania pisarza, a drugi raz podążając za jego myślami i refleksjami natury ogólniejszej, dotyczącej historii polskich Kresów Wschodnich i kultury szlacheckiej. Należy jednak mieć na uwadze, że wspomnienia o „Szczenięcych latach” spisywał czterdziestoletni już mężczyzna o bogatym doświadczeniu życiowym. Kilkanaście lat wcześniej pozbawiono go obydwu domów, w których dorastał i o których pisał „Dom ten, księga żywa pokoleń, budowany był przez dzieje, rozrastał się na generacjach…”. Trwanie Kresów w ich odwiecznym ładzie na jego oczach skończyło się. Wstrząsający i chwytający za serce obraz zagłady dworów skwitował frazami: „życia dawnego nie ma”, a „dwory kresowe już zmarły”.

Jak kogo dwór traktuje

     Melchior Wańkowicz prowadząc analizę porównawczą matriarchalnego dworu w Nowotrzebach i patriarchalnego w Kałużycach opowiadał o organizacji życia we dworach, o wnętrzach i zewnętrzach obydwu posiadłości, panujących w nich tradycjach, a przede wszystkim o ich mieszkańcach i ludziach znajdujących się otoczeniu dworów. W tej rzeczonej publikacji pisarz zamieścił szeroki wachlarz kwestii, które potrafimy objąć sercem i rozumem, ale i zupełnie obce nam współczesnym. Ważnym zjawiskiem funkcjonującym w szlacheckich domach wydaje się być „Traktament… – gradacja olbrzymia tego, jak kogo dwór traktuje”. Zadając retoryczne pytanie „Ubi sunt" (qui ante nos fuerunt - Gdzie są ci, którzy byli przed nami), potomek Wańkowiczów pieczętujący się herbem Lis, starał się przybliżyć czytelnikom niuanse sposobów postępowania z ludźmi zajmującymi niższą pozycję społeczną.

PodoroskRajcaPieski